sport, polityka, z życia wzięte
RSS
sobota, 01 maja 2010

- Nie, ja już nie mogę. Nie zniosę już tej beznadziei, tej samotności. – Dochodziła 4 nad ranem. Piotrek przeżywał kolejną bezsenną noc. Monologi, które co nocy wygłaszał przybierały na sile. Podobnie jak poczucie zagubienia, pustki i samotności. Chłopak chwycił za komórkę żeby sprawdzić godzinę – Boże, za 3 godziny trzeba wstać, a ja znów nie zmrużyłem oczu – wyszeptał zmęczony. Jego pidżama przylegała do spoconego ciała, włosy miał mokre, tak jakby właśnie wyszedł spod prysznica. Usiadł trzymając się za głowę. Miał wrażenie, że serce bije mu nienaturalnym rytmem. Zaczął pocić się jeszcze mocniej, jego oddech stał się płytszy a on stanął na skraju paniki.

- Dłużej tego nie wytrzymam, potrzebuje snu! – krzyknął tak głośno, że aż własny głos wydał mu się obcy. Zapalił światło. Po krótkiej chwili, jego przekrwione, zmęczone oczy przywykły do blasku żarówek. Piotrek założył trepki i ruszył w stronę łazienki.

Chłopak długo przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. Jego oczy były nie tylko przekrwione, ale i strasznie podkrążone. Przepocone włosy już od dawna czekały na wizytę u fryzjera. Wystające kości policzkowe jasno dawały do zrozumienia, że powinien przytyć. Przepłukał twarz zimną wodą i otworzył wypełnioną po brzegi apteczkę. Wyciągnął fiolkę Stilnoxu, silnego leku nasennego, którego od czasu do czasu używała jego matka. W palcach trzymał dwie pastylki, włożył je do ust i popił kranówą. Wracając do pokoju pogasił wszystkie światła i rzucił się na łóżko, czekając na sen. Minęło 45 minut, ale wyczekiwany odpoczynek nie naszedł. - Kurwa mać! - krzyknął zrywając się z łóżka. Ruszył do pokoju matki, zapalił małą lampkę wiszącą nad jej łóżkiem i otworzył szafkę. - Taaak... kawa, czekoladki, koniak i bingo – Chłopak uśmiechnął się, trzymając w ręce butelkę Jim Beama. - Nie ma to jak wdzięczni pacjenci – rzucił zamykając drzwi.

Niedługo po trzecich urodzinach Piotrka z ich domu wyprowadził się ojciec. Chłopak nie pamiętał żadnych kłótni w domu, ale ogólnie niewiele pamiętał z tamtego okresu. Z mamą starał się nie poruszać tego tematu, ponieważ nie chciał sprawiać jej bólu przykrymi wspomnieniami. Piotrek strasznie kochał i szanował swoją matkę, która harowała jak wół żeby niczego mu nie brakowało. Po kilku latach została siostrą przełożoną w Szpitalu Wojewódzkim, zaczęła dostawać więcej prezentów od chorych i ich rodzin. Brała też więcej nocnych dyżurów. Dlatego często się mijali, od czasu do czasu jedząc wspólnie śniadanie.

Chłopak wszedł do kuchni zdejmując przepoconą koszulkę. W ręce trzymał flaszkę. Otworzył lodówkę i wyjął z niej kostki lodu. Mokry t-shirt wrzucił do pralki, odwrócił się w stronę apteczki i wyciągnął Stilonox – to może mi się jeszcze przydać. - Wyszeptał – zdawał sobie sprawę z faktu , że tej nocy po raz kolejny nie zazna snu. Nalał sobie whiskey i włączył komputer. Przez chwilę bawił się fiolką. Otworzył ją i łyknął kolejne dwie pastylki. Uczucie samotności i poczucia beznadziei powoli zastępowała obojętność. Piotrek odpalił rockowe radio i uzupełnił szklankę. Popatrzył nieprzytomnym wzorkiem na biurko, na którym leżały tabletki. Tym razem wysypał sobie ich garść na rękę. Włożył je do ust, popijając lekko ciepławym Jim Beam'em. W głośnikach zadudniło „Highway to Hell” AC/DC. – Piekło, dokładnie tam zmierzam – powiedział opróżniając kolejną szklaneczkę. Chwycił fiolkę leku, przystawił ją sobie do ust i opróżnił jej zawartość. „Highway to Hell” dobiegało końca. Świadomość chłopaka również. Próbował się przenieść z fotela do łóżka, jednak w połowie drogi zasłabł i legł na podłodze.

***

Chłopak ocknął się zdezorientowany. Nie miał pojęcia gdzie jest ani co się wydarzyło. Nie wiedział ile czasu spędził w tym dziwnym miejscu. Wszystko wyglądało, jakby było ukryte za gęstą mgłą, jak gdyby patrzył przez szklankę mleka. – Halo! Jest tu ktoś? – Zawołał. Uświadomił sobie, że nie czuje strachu. Tak naprawdę to niczego nie czuł. Błąkał się minutami, godzinami, być może nawet dniami. Czas w tym miejscu nie miał żadnego znaczenia. Piotrek zaczął się zastanawiać, czy to piekło, czy może czyściec.

– A może niebo? – Usłyszał pytanie – za jego plecami pojawiła się postać ubrana w czarny płaszcz z kapturem przesłaniającym twarz. – Przecież tego tak pragnąłeś; spokoju, samotności, nie chciałeś już odczuwać smutku. Masz to o czym  marzyłeś, więc dlaczego nie nazwiesz tego swym rajem? – Zakapturzona postać podeszła do chłopaka.

- Czy ty jesteś Śmierć? – Zapytał nie odczuwając lęku.

- A cóż za różnica jak mnie zwą; anioł śmierci, życia, upadły anioł. Ty możesz mnie nazwać nawet złotą rybką, przecież spełniłem twoje życzenie.

- Życzenie? – Chłopak powtórzył zastanawiając się nad sensem wypowiedzi swego niecodziennego kompana. Śmierć nic nie odpowiedział, patrzył się na chłopaka przez dłuższą chwilę.

- To co będzie teraz? Gdzie mnie zabierasz? – Piotrek nie dawał za wygraną.

- Nigdzie – usłyszał lodowaty głos wydobywający się zza kaptura.

- Jak to nigdzie?

- Wybrałeś śmierć, by już niczego nie musieć odczuwać. Masz to co chciałeś, miłej wieczności – Postać w czerni odwróciła się plecami – Ja idę spełniać kolejne…życzenia.

- Poczekaj, proszę ! – Chłopak zrozumiał, że spędzenie wieczności w tym miejscu jest dużo gorsze, niż wszystkie problemy, które spotykały go w życiu. – Czy mogę wrócić?

-Wróóóócić…? – powtórzył Śmierć oglądając się przez ramię. – Ah… oczywiście, że możesz, ale musisz pójść ze mną na wymianę.

- Jaką?

- Twoje życie, za dwa cudze – Oczy Śmierci zalśniły na czerwono.

- Czyje?

- A czy to ma w tej chwili jakieś znaczenie? Po prostu cudze. – Śmierć zbliżył się do chłopaka i wyciągnął rękę. Z pod rękawa wynurzyła się śnieżnobiała chuda kończyna. – Więc jak? Mamy umowę? – zapytał

Chłopak przez chwilę patrzył na wyciągniętą rękę, pomyślał ile dziennie ludzi ginie na wojnach, z głodu i chorób, ile na drogach. – Dwie w te, czy we wte – wyszeptał. – Mamy umowę – powiedział pewnym tonem i uścisnął dłoń.

Poczuł niesamowite zimno, które przeszyło jego ciało. Padł na ziemię i zaczął wymiotować. Próbował się podnieść, zobaczył drewnianą podłogę taką samą jak ma w swoim pokoju. Zakręciło mu się w głowie, nie udało wstać z kolan. Miał wrażenie, że za chwilę rozerwie mu żołądek. Uśmiechnął się na tę myśl. Czuł ból! Czuł! Zasnął.

***

Piotrka obudził bardzo silny ból głowy. Po chwili zrozumiał, że leży na podłodze między łóżkiem a fotelem od komputera. Starając się podnieść włożył ręce w to co wczoraj było zawartością jego żołądka. – O kurwa…nigdy więcej piguł i whiskey – wymamrotał. Udało mu się zebrać przy pomocy łóżka i fotela. Poszedł do łazienki, przepłukał ręce i twarz, umył zęby i puścił wodę do wanny. Wrócił do pokoju uzbrojony w wiadro i mopa by zatrzeć ślady przed mamą. Wiedział, że z tym pójdzie mu łatwo, butelkę whiskey powinna mu wybaczyć, ale jak wytłumaczyć zniknięcie całej fiolki Stilonxu? – Jakoś to będzie – wyszeptał, odniósł wiadro i wszedł do wanny.

Gdy tak leżał w gorącej wodzie, to uzmysłowił sobie, że nie poszedł do pracy.– A i tak wakacje się kończą, zaraz muszę wrócić na uczelnie, obetną mi wypłatę. Przeżyję. – Powiedział z uśmiechem i zanurzył głowę pod ciepłą wodą. Przypadkowo dotknął ręką zimnego uchwytu od prysznica i nagle przypomniał sobie wydarzenia z minionej nocy. Wynurzył się szybko i obejrzał prawą dłoń, którą podał tej mrocznej postaci. Spodziewał się zobaczyć jakiś ślad po oparzeniu, odmrożeniu, czy co to w ogóle było, ale jego ręka była w nienaruszonym stanie. Chłopak złapał się za twarz, uspokoił oddech. – Eh… to był tylko sen, albo halucynacje po tych przeklętych tabletach – uspokoił się mówiąc to na głos. Zdał sobie sprawę z faktu, iż prawie popełnił największy a zarazem ostatni błąd swojego 21 letniego życia. Wyszedł z wanny, ubrał się i zajrzał do lodówki. – Cholera… nawet 1 jajka, nawet pół piwa – zniesmaczony zamknął drzwi i postanowił wybrać się do pobliskiego sklepu.

Wszedł do swojego ulubionego spożywczego, nie zdjął nawet kaptura i nie oglądając się w stronę sprzedawczyni rzucił „dzień dobry”. Nie usłyszał odpowiedzi, gdyż na uszach miał słuchawki z ustawioną na maks głośną muzyką. Do koszyka wrzucił konserwową wędlinę, jajka, ser i trzy piwa. Humor mu się szybko poprawił na myśl o czekającej go jajecznicy i piwie, które powinno szybko zniwelować męczącego go kaca. Zrzucił z głowy kaptur, wyłączył muzykę i …zamarł. Z rąk wyleciał mu koszyk, a on odskoczył od kasy jak oparzony. Za sprzedawczynią pojawiła się postać z jego koszmarnego snu. Tym razem w ręce trzymała długą kosę i z zaciekawieniem przyglądała się chłopakowi. W przeciwieństwie do nocnego spotkania, tym razem Śmierć pokazał mu swoją twarz. Czerwone, rozjarzone oczy w znaczny sposób kontrastowały z alabastrową bielą skóry jego twarzy. Śmierć przekrzywił głowę i uśmiechnął się do niego. Był to najbardziej przerażający widok w życiu Piotra.

- Nic panu nie jest? – Usłyszał zatroskany głos sprzedawczyni.

- Proszę uciekać – wychrypiał przerażony.

- Słucham? – sprzedawczyni wstała i podniosła koszyk. Położyła go na ladzie i zaczęła pakować produkty.

- Uciekaj! Tu jest Śmierć! – Krzyknął jej w twarz i wybiegł ze sklepu. Wbiegł do swojego bloku, pokonując co drugi stopień schodów dopadł do drzwi. Zatrzasnął je za sobą i zamknął na oba zamki.

- To niemożliwe, niemożliwe – powtarzał przerażony.

- Piotruś, ty już po pracy? – Usłyszał pytanie dobiegające z pokoju mamy.

- Zwolniłem się mamo, wakacje się kończą – odpowiedział najspokojniej jak umiał.

- To bądź ciszej, musze odespać dyżur.

- Dobrze, przepraszam, spij dobrze – sam nie mógł uwierzyć w spokojny ton swojego głosu.

Następnego dnia osiedlowy sklep był nieczynny, a na jego szybie wisiała klepsydra. Maria Nowakowska, żyła 68 lat, kochana mama, siostra, babcia – głosił napis. Chłopak nie mógł uwierzyć w to co zobaczył. Czyżby to była pierwsza z ofiar jego umowy ze Śmiercią? Poczuł olbrzymie wyrzuty sumienia, ale postanowił nie pojawić się na pogrzebie.

Ostatni tydzień wakacji minął bardzo spokojnie. Chłopak nie natknął się więcej razy na Śmierć. Potrafił za to spokojnie zasypiać, powrócił mu apetyt i dobry humor. Nie mógł się już doczekać powrotu na uczelnie. Nie dlatego, żeby był jakimś wielkim entuzjastą ekonomii, ale nie potrafił znaleźć odwagi ani pretekstu, by w czasie wakacji spotkać się z Anią. A teraz spotka ją już na pierwszych zajęciach.

***

Nie zawiódł się. Gdy tylko pojawił się na auli na wykładach ze statystki bez problemu odnalazł Anię. Swoje rude włosy miała jak zwykle spięte w kucyk, ubrana była skromnie i schludnie. Gdy zauważyła, że Piotrek ją obserwuje uśmiechnęła się do niego i mrugnęła na przywitanie. Chłopakowi serce zabiło jak szalone, wykonał jakiś nieskoordynowany gest ręką, który w jego mniemaniu był luzackim machnięciem i usiadł w ławce. Przez całe 3 godziny wykładu nie mógł skupić się na zajęciach. Cały czas bił się z myślami. Podejść? Zagadać? Ale co powiedzieć? Czuł, jak z nerwów pocą mu się dłonie a w gardle rośnie gul. A jak go wyśmieje? Jak ten uśmiech nie był skierowany do niego? Przypomniał sobie wydarzenia z końcówki wakacji, to jak prawie pozbawił się życia, teraz dostał drugą szansę. Zdecydował, że musi ją wykorzystać. Postanowił poczekać do końca wykładów i zaprosić Anię do kawiarni.

- Hej Aniu, może wyskoczymy na piwo? – zapytał ze spokojem, mimo, iż w środku aż go skręcało z nerwów.

- No wiesz, mamy jeszcze angielski – odparła z uśmiechem.

- Of course – zażartował i od razu poczuł się jak skończony idiota – myślałem, że wyskoczymy po zajęciach.

- Piotruś, czy ty zapraszasz mnie na randkę? – Chłopakowi zrobiło się słabo, serce zaczęło bić jak szalone i zabrakło mu słów. – Nie mam ochoty na piwo – rzuciła i odwróciła się od niego. – Ale na latte bardzo chętnie – dodała z uśmiechem.

- Na co? – zapytał zbity z tropu

- to taka kawa z mlekiem, czy raczej mleko z kawą – odparła ze śmiechem, klepnęła go w bark i weszła do sali.

Chłopak przez chwilę stał pod drzwiami nie mogąc uwierzyć w przebieg tej rozmowy. Zgodziła się z nim wyjść po zajęciach i jeszcze sama nazwała to randką! Uśmiechnął się, wziął torbę i przywitał  z kolegami, którzy olali pierwszy wykład. Wszedł za nimi na zajęcia i zobaczył wolne miejsce obok Ani.

- Stary, ona tylko na to czeka, nie spieprz tego – Damian szepnął mu do ucha popychając w stronę biurka rudowłosej piękności. Piotr podszedł do krzesła i uśmiechnął się niepewnie. Ania z rozbawieniem pokiwała głową klepiąc przy tym krzesło, dając znać chłopakowi żeby usiadł. Piotrek był w siódmym niebie. Dla niego te zajęcia mogłyby się odbywać nawet po Chińsku, on tylko z niecierpliwością czekał na ich koniec. Doczekał się po dwóch godzinach, chociaż dla niego trwały one zdecydowanie dłużej.

Gdy oboje odbierali kurtki z szatni Ania zapytała:

- To gdzie mnie zabierasz? – Piotrek zbaraniał, nie zakładał, że jego plany powiodą się tak dobrze i nie przygotował sobie żadnego pomysłu na wspólne wyjście.

- Tam gdzie tylko masz ochotę – odparł z udawaną nonszalancją w głosie.

- Ah…do Egiptu?

- Chłopak stanął jak wmurowany nie wiedząc co powiedzieć.

- Oj żartowałam głuptasie, chodź znam fajny lokal.

Spacerowali przez parę minut po głównym deptaku miasta. Ania wzięła go pod rękę i chłopak zaczął powoli oswajać się z sytuacją. Chciał nawet rozpocząć jakąś rozmowę, ale nagle dziewczyna pociągnęła go w lewo.

- To tutaj – rzuciła wskazując skromnie wyglądającą kawiarnię – To tu mają najlepszą latte w mieście! – dodała.

- Siódma brama piekła – chłopak przeczytał szyld kawiarni – jak optymistycznie – dodał i weszli do lokalu.

- Co podać? – Kelnerka spojrzała na Piotrka z wyczekiwaniem.

- Dużą latte z bitą śmietaną i dużego Pilnsera – Ania złożyła zamówienie za chłopaka. Gdy kelnerka oddaliła się od ich stolika Piotrek spojrzał na nią pytająco.

- Przecież miałeś ochotę na piwo, czyż nie? Uśmiechnęła się czym rozbroiła go w zupełności.

Chłopak był w szoku, rozmowa przebiegała idealnie. Żartowali, śmiali się. Piotrek miał wrażenie, że zna Anię od lat, że są sobie pisani. Gdy po udanej randce odprowadził ją do domu i pocałował na dowidzenia miał wrażenie, że do domu nie wraca pieszo ale, że lewituje. Tej nocy, po raz pierwszy od wakacji miał problemy z zaśnięciem. Tym razem jednak emocje, które nim targały były tylko pozytywne. Chłopak nie mógł doczekać się następnego dnia.

***

 

Wszystko potoczyło się błyskawicznie i idealnie. Po niespełna 12 miesiącach, gdy oboje znaleźli się na 4 roku zdecydowali się zamieszkać razem. Ania dorabiała jako korepetytorka z matematyki, Piotrek wieczorami i w weekendy stawał za barem. Pierwszej wspólnej nocy w nowym mieszkaniu Piotra nawiedziło widmo przeszłości. Ania wtulona w niego oglądała po raz kolejny Foresta Gumpa, a on przypomniał sobie o swojej umowie ze Śmiercią. Minął już ponad rok, od jego ostatniego spotkania z Ponurym Żniwiarzem i chłopak zastanawiał się kiedy znów przyjdzie mu spojrzeć w te czerwone oczy. Nagle poczuł jak lodowaty strach zmraża jego serce. Wstał najspokojniej jak umiał, wyszedł do kuchni, chwycił telefon i zadzwonił do mamy. Trzy, cztery, pięć długich sygnałów i nikt nie odebrał. Chłopaka ogarnęła pewność, że już nikt nigdy nie odbierze tego telefonu, że wymienił swoje życie, na życie mamy.

- Kochanie, jestem na dyżurze, stało się coś? – usłyszał w słuchawce i kamień spadł mu z serca.

- Nic mamo, chciałem ci tylko powiedzieć, że cię kocham.

- Oj Piotrusiu, ja was też kocham, ale nie pijcie już więcej tego wina, bo robisz się sentymentalny – roześmiała się i odłożyła telefon.

Gdy wrócił do pokoju, zobaczył, że i Ania rozmawia przez komórkę. Wyszedł z pokoju nie chcąc jej przeszkadzać.

- Piotrek! – usłyszał po paru minutach -  Jedziemy do Bydgoszczy za tydzień, na 60 urodziny taty! - Rzuciła rozradowana.

- O to czas wyprasować spodnie od garnituru – Odparł z udawaną goryczą w głosie.

Dziewczyna pocałowała go namiętnie, ale on nie odwzajemnił pocałunku, odsunął ją delikatnie od siebie i spojrzał głęboko w oczy. Zdezorientowana popatrzyła na niego.

- Coś się stało? – zapytała zaniepokojona.

- Nie, nic… po prostu…- chłopakowi załamał się głos – po prostu jest mi z Tobą tak…

- jak? Weszła mu w słowo lekko zdenerwowana.

- Tak… za dobrze odparł i przytulił ukochaną.

Rozradowana Ania objęła go ramionami za szyje i nogami w pasie. Tym razem na pocałunkach się nie skończyło.

 

 

***

 

Uroczysta kolacja przebiegała w miłej atmosferze. Piotrek miał doskonałe relacje z rodzicami dziewczyny.  Teraz lepiej poznał jej starszego brata, który nawet na chwilę nie pozwolił mu mieć pustego kieliszka. Chłopak się wahał, czy pić równo z Adamem by nie wyjść na mięczaka, czy zachować trzeźwość i nie zbłaźnić się przy przyszłych teściach. Z opresji wybawił go ojciec Ani.

- Moi kochani – rozpoczął gdy wstał, trzymając w ręce kieliszek od szampana – chciałbym wam wszystkich gorąco podziękować za przybycie na moje urodziny, za życzenia i prezenty. No w szczególności za prezenty – zrobił pauzę na krótki śmiech gości – bo jak sami wiecie, wasza obecność jest dla mnie najwspanialszym prezentem. Zdrowie szanownych gości – zakończył. Piotrek przez chwilę zastanawiał się nad talentem oratorskim jubilata, gdy nagle za jego plecami zauważył materializującą się czarną postać. Chłopakowi zrobiło się słabo, chciałby jakoś ostrzec tatę dziewczyny, ale co ma niby powiedzieć? Wzięli by go za wariata. Chwycił Anię pod stołem za rękę i wyszeptał jej do ucha:

- pamiętaj, że możesz na mnie liczyć, choćby nie wiem co – dziewczyna trochę się zdziwiła i pocałowała go w usta.

- No, no…- Ojciec dziewczyny podniósł głos – lubię cię chłopcze, ale nie nadwyrężaj mojej cierpliwości. – Wszyscy goście zareagowali śmiechem. Ania z lekkim zażenowaniem ukryła ręce w dłoniach, a Piotr z przerażeniem obserwował, jak Śmierć stojąca za gospodarzem przyjęcia ostrzy swoją kosę.

Gdy wrócili do swojego toruńskiego mieszkania chłopakowi trudno było dojść do siebie. Popatrzył na rozradowaną Anię, która przygotowywała im kąpiel i aż ukuło go serce. Wiedział jaki niebawem odbiorą telefon i wiedział czyja to wina.

- Kochanie, chodź do wanny – zawołała przez niedomknięte drzwi.

- Później wezmę szybki prysznic

- Jak wolisz – odparła z żalem w głosie.

Dochodziła szósta nad ranem. Piotr nie był w stanie zmrużyć oczu. Co chwila pełen nerwów patrzył na zegarek i delikatnie gładził włosy ukochanej. 5:55 zadzwoniła komórka dziewczyny. Chłopak przyłożył sobie palce do oczu, doskonale zdawał sobie sprawę co się zaraz wydarzy. Minęło 10 sekund, Ania wybuchła płaczem. Chłopak znienawidził się w tym momencie z całego serca. Przytuliła go i szlochając mu w ramie powiedziała:

- Tata nie żyje

- Tak mi przykro – odparł i zebrało go na mdłości.

***

Minęło 8 miesięcy od pogrzebu. Ania trzymała się nadzwyczaj dobrze. Jemu powoli przechodziło obrzydzenie na swój widok . Oboje przygotowywali się do rozpoczęcia ostatniego roku studiów. Piotrek spojrzał na ukochaną gdy ta z samego rana gotowała się do wyjścia.

- Gdzie idziesz?

- Na korepetycje, a potem takie babskie sprawy – Odparła – Jak wrócę, to liczę na dobry obiad. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło.

- Masz to jak w banku - odparł i przekręcił się na bok próbując odespać ciężką barową zmianę.

Wstał przed 14 i wyjął z lodówki wcześniej przygotowane mięso z warzywami. Uśmiechnął się rozgrzewając patelnię. Wiedział jak dziewczyna lubi jego spaghetti. Gdy tak spokojnie pichcił w drzwiach pojawiła się Ania.

- Kochanie, muszę ci coś powiedzieć – zakomunikowała. Piotrek powoli przeniósł spojrzenie z patelni na dziewczynę. – Jestem w ciąży.

- Nie! Nie! Tylko nie to! – Chłopak padł na podłogę i chwycił się za głowę – Tylko nie to ! – krzyknął patrząc za plecy dziewczyny. Śmierć z uśmiechem odwzajemnił spojrzenie.

- Myślałam, że inaczej zareagujesz – w oczach Ani pojawiły się łzy, odwróciła się i wybiegła z mieszkania.

Wstrząśnięty chłopak szybko się pozbierał, wybiegł za ukochaną na ulicę. Gdy wybiegł zza zakrętu zobaczył jak w biegnącą Anię wjeżdża rozpędzone auto. Dziewczyna przeleciała przez maskę i uderzyła głową o asfalt. W momencie wokół jej głowy pojawiła się czerwona plama krwi. Chłopak nie mógł uwierzyć w to co się stało. Ukląkł obok ukochanej i przytulił ją ostatni raz w życiu.

- To nie może być prawda! – krzyknął. Po obu stronach ulicy zbierał się tłumek gapiów, ale chłopak nawet ich nie zauważył.

- Nie taka była umowa – powiedział stanowczym tonem patrząc na Śmierć.

- Dokładnie taka – Żniwiarz umączył swą kosę w krwi dziewczyny i oblizał ją nienaturalnie długim jęzorem.

- Powiedziałeś dwa życia, Ania jest trzecia – warknął przez zaciśnięte zęby.

- Haha! – Śmierć ukląkł naprzeciw chłopaka – Ania jest pierwsza, wasze dziecko drugie. Dwa za jedno, czyż nie taka była umowa?

- A sklepikarka? A Ojciec Ani? – Chłopakowi zaszumiało w głowie

- To była ich naturalna kolej… A oni – Śmierć wskazał na ciało dziewczyny – Oni zostali wymienieni przez ciebie – Chłopak nie mógł uwierzyć w to co słyszy.

- Nie, nie rób tego proszę – spojrzał błagalnie w niewzruszone oczy Śmierci – weź mnie, ale ją oszczędź – zawył.

- Dwa za jedno chłopcze, dwa za jedno. Zastanów się gdy znów zapragniesz śmierci.

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Długo się zastanawiałem, czy poruszać ten temat. Biłem się z myślami, bo przecież wszyscy Polacy doskonale wiedzą co się stało, wszyscy przeżywamy to na swój sposób. Mógłbym napisać : „stała się tragedia, olbrzymia tragedia” i na tym poprzestać. Ale podobno opowiedzenie o swych uczuciach pomaga uśmierzyć ból i pobyć się mętliku. A uwierzcie mi, zarówno ból w sercu jak i mętlik w głowie mam przeogromny… co trochę mnie dziwi.

Gdyby ktoś zapytał mnie w piątek na kogo zagłosuje w zbliżających się wyborach prezydenckich odparłbym, że z braku laku na tego, kto będzie miał największe szansę pokonać Lecha Kaczyńskiego. Jeśli rozwinęłaby się na ten temat jakaś dyskusja, to zapewne dorzuciłbym jakiś żart na temat cen drobiu w Polsce lub zbyt wysoko umieszczonych klamek w Pałacu Prezydenckim. Dziś z tego powodu robi mi się wstyd i jednocześnie czuję się jak hipokryta. Sam byłem – i to się nie zmieniło – wielkim przeciwnikiem polityki prowadzonej pod sztandarami IV RP, jednak czytając niektóre komentarze na internetowych forach, mam ochotę odnaleźć ich autorów by wystrzelać ich po pyskach. Kto z was nie czuje się chociaż trochę hipokrytą, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Były prezydent Lech Wałęsa w pierwszym wywiadzie udzielonym po Smolińskiej tragedii powiedział : „tam zginęła elita polityczna Polski”. Skoro historyczny przywódca Solidarności, który – nie ukrywajmy – nie żył z prezydentem Kaczyńskim w najlepszych stosunkach potrafił w tak pięknych i jednocześnie prawdziwych słowach podsumować wydarzenia z tragicznego sobotniego poranka, to ja nie czuję się godzien, aby cokolwiek na ten temat jeszcze dodać.

Ale śmierć Prezydenta, jego małżonki, polityków ze wszystkich ugrupowań parlamentarnych, generałów Wojska Polskiego, biskupów, członków rodzin katyńskich, funkcjonariuszy BOR’u oraz załogi tego tragicznego lotu ma obok politycznego jeszcze jeden aspekt, ten czysto ludzki – zdecydowanie bardziej bolesny. „Nie ma ludzi niezastąpionych” – chyba wszyscy znamy to powiedzenie. Jest w nim bardzo dużo prawdy; polityków, czy przywódców wojskowych łatwo zastąpić. Wyspowiadać się u nowego księdza, wyszkolić nowych pilotów czy funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu to też nie jest taki wielki problem. Ale zastąpić : ojca, matkę, brata, syna, córkę czy żonę już nie sposób. Ci z was, którzy mają to szczęście i nie musieli chować najbliższych nie są w stanie zrozumieć ogromu cierpienia, które 10 kwietnia spadło na barki rodzin i przyjaciół ofiar tej olbrzymiej tragedii. Ci, którzy tego szczęścia nie mięli potrafią zrozumieć ich ból, ale pomóc go uśmierzyć nie są w stanie.

Będą oni cierpieć w samotności, mimo, iż w cierpieniu pogrążona jest cała Polska.

Jesteśmy narodem wiecznych malkontentów i narzekaczy. Większość z nas myśląc o politykach miała nadzieję, że za ich sposób sprawowania władzy trafi ich szlag. No i trafił. Lepiej wam? Bo mi nie.

piątek, 02 kwietnia 2010

od Wielkanocy. Nie chodzi mi o pobudki teologiczne, że ważniejsze są dla mnie narodziny Chrystusa od Jego śmierci. Nie chodzi mi też o zapach choinki, prezenty się pod nią znajdujące czy karpia i barszczyk z uszkami. Po prostu wiem, kiedy Boże Narodzenie wypada, ma stałą datę i niczym nie może mnie zaskoczyć. Inaczej jest z Wielkanocą. Rusza się toto jak pacjent z owsikami. Raz wypadnie w środku marca, raz pod jego koniec, by później zaskoczyć w kwietniu. I jak człowiek nie spojrzy w kalendarz, to wszystkie plany może sobie wsadzić… między bajki. Ale nie ma co zrzędzić. Wolne jest, pogoda piękna, na ryby pojechać można w innym terminie, cieszmy się chwilą.

Żyjąc w katolickim kraju, człowiek myśli, że w tak ważnych dla chrześcijan dniach, na twarzach obywateli zagoszczą uśmiech i zaduma, a w sercach życzliwość i dobroć. A gdzie tam! Wysiadając z samochodu, nie zobaczyłem spokojnych zrelaksowanych twarzy, tylko naburmuszone mordy, wredne gęby i chamskie ryła. Ok., zrzuciłem wszystko na syndrom dnia wczorajszego – sam zapewne lepiej nie wyglądałem – wziąłem szybki prysznic i wyskoczyłem do masarni po coś godnego świątecznej uczty. Spodziewałem się dużej kolejki, więc widok tych wszystkich starych, tłustych bab, obładowanych siatami wcale mnie nie zaskoczył. Gdzie tam nie zaskoczył, humor miałem tak dobry, że nawet mnie nie zraził. Niestety, z każdą sekundą spędzoną w mięsnym, ulegał on  pogorszeniu. Z każdym trąceniem, popchnięciem, przestawieniem mej osoby przez obładowane siatami babska, które każdą wędlinę, mięso czy parówkę musiały obejrzeć z każdej możliwej strony i jakby tylko miały taką możliwość to pewnie chętnie by ugryzły, przeżuły i wypluły mi pod buty. Szlag mnie trafiał, jak tam stałem jak kołek. Cholera, duży ze mnie facet, ale przy tych „siatkarkach” znów poczułem się jak chłopiec, który musi na palcach stawać, aby kupić bilet w kiosku.

Kolejne babsko opuściło sklep, co automatycznie przesuwało mnie do przodu. Zacisnąłem zęby, pomyślałem o czekającym na mnie w lodówce zimnym browarku i uśmiech powrócił. Spojrzałem na drzwi, w których pojawiła się idąca o lasce starowinka. Kurczę, szkoda mi się kobiety zrobiło, już za samo pokonanie schodów i otwarcie drzwi należał jej się medal. Rozejrzała się ze smutkiem po sklepie i coś mnie ruszyło. – Proszę wejść przede mną – rzuciłem nie zastanawiając się długo. Bo co tu się zastanawiać? Co taka staruszka może kupić? Przecież za dużo to ona nie uniesie, szybko zleci, nikt nie będzie miał pretensji, a gdyby musiała tutaj stać w towarzystwie tych babsztyli, to zamiast medalu za pokonanie schodów, dostałaby pośmiertne odznaczenie za wytrwałość.  Ależ się pomyliłem! Nie co do zakupów tej babuni, ale co do reakcji klienteli szanownej masarni. Ło matulu! Nieprzyjemne komentarze, bo przecież i one – te babsztyle znaczy – też stoją i czekają a nikt ich nie przepuszcza. Cholera, wystraszyłem się, że zaraz dostanę piąchą w nery, albo biczem przez plecy. Serio, jakby mi te babska zrobiły drogę krzyżową, to nawet bym się nie zdziwił.

Babulka zrobiła zakupy w tempie ekspresowym, podziękowała mi spojrzeniem i chyba skinieniem głowy – a może to szyja odmówiła jej na chwilę posłuszeństwa? – i opuściła sklep. Nie zważając na komentarze, kupiłem co miałem kupić i opuściłem masarnię. Bałem się, że jeszcze chwila i postawią mi krzyż, na którym zawisnę. Czy właśnie tego nauczał ten Boski Cieśla? Boski nie dlatego, że strugał piękne meble, ale Boski, Boski. „Chrystek” urodził się lepiej niż Paris Hilton, taki jackpot w chwili urodzenia. Czy po to dał się skatować na śmierć?  Żeby cholerne, ciamkające babsztyle, obładowane jakimś badziewiem z bazar chciały zasztyletować człowieka, bo pokazał innemu odrobinę serca? Wątpię!

Nie da się ukryć, nie jestem wielkim zwolennikiem świąt. Cała ta tandeta, obłuda i fałsz irytują mnie jeszcze bardziej niż program telewizyjny, którym jesteśmy raczeni podczas ich trwania. Nie sprawdzałem jeszcze, czym nas w tym roku uszczęśliwią, ale gotów jestem postawić orzechy za dolary, że puszczą „Pasję” jakiś inny film o życiu Jezusa, pewnie coś z Noe i jego arką i jakiś „Potop” czy innych „Krzyżaków”.

A mimo to, w sobotę, ubiorę się przyzwoicie, wezmę koszyk ze święconką i stanę czując się jak debil w tłumie ludzi, aby jakiś kolo ubrany w czarną kieckę ochlapał mnie wodą. I nie zrobię tego z przymusu, tylko dlatego, że chcę. Poczułbym cholerną stratę, gdybym dzielił się z mamą jajkiem, które spryskane tą wodą nie zostało. Może jednak w świętach faktycznie chodzi o coś więcej, niż o odpoczynek, nażarcie się i nachlanie?

środa, 03 lutego 2010

Piotrka obudził niesamowity hałas. Przez dłuższą chwilę próbował podnieść głowę, ale mu się to nie udawało. Poczuł wilgoć na twarzy przywierającej do czegoś twardego i zimnego. Po kolejnych kilku minutach udało mu się ją oderwać. Okazało się, iż ową rzeczą, od której chłopak nie mógł się uwolnić był ufajdany stolik. Próbował zebrać myśli. Niestety głośna muzyka, która sprawiała, że kulił się w sobie zatykając uszy nie ułatwiała mu zadania.

- OK – pomyślał rozglądając się wokół. Zdał sobie sprawę z tego, iż ten hałas przeszywający jego uszy, to nie jest tylko muzyka, ale również piski i krzyki otaczających go osób. Gdy się tak rozglądał, to kolejnymi ofiarami miejsca w którym się znajdował stały się jego oczy. Migające światła i lasery drażniły mu je tak, że postanowił je zamknąć. Rozciągnął się na oparciu kanapy próbując zebrać myśli. – Kurwa mać, wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że znalazłem się na dyskotece – wycedził szeptem. – Ale co ja do chuja jasnego robie na dyskotece i to w Krakowie? Przecież ja nawet na tych kieleckich nie bywam.- Postanowił delikatnie otworzyć oczy. Mrużąc je rozejrzał się dookoła stolika.

Zarówno na sofie, na której on się znajdował, jak i na przeciwległej nikt nie siedział..

- Kurwa – wycedził przez zęby. – Koledzy, przyjaciele… wiedzą jak nienawidzę tego gówna. Schlali mnie i zaciągnęli na balety… Balety… By ich chuj. -  Rzucił okiem  na stolik, na którym stało kilka opróżnionych kufli po piwie i kieliszków. – No tak, pewnie jestem cały upaćkany w wódce – pomyślał dotykając policzka, na którym leżał nieprzytomny. Jednak oblizując końcówki palców nie poczuł woni alkoholu. – Cholera, albo tak mnie zabrało, albo oni wodę pili… powiedział podnosząc się z kanapy.

 

Udało mu się wstać, oparł się o ścianę i rozejrzał po lokalu – a raczej po jego części, gdyż ani przeciwległych ścian, ani baru nie był w stanie dojrzeć. Otaczał go tłum wpół roznegliżowanych tańczących ludzi. – Boże, jak oni mogą się bawić przy tak badziewnej muzyce? Co to w ogóle jest? Jakiś Tiesto, czy inne gówno? – zapytał sam siebie. Przeszukał kieszenie poszukując telefonu, którego oczywiście nie znalazł. Odszukał portfel i ku swojemu zdziwieniu znalazł w nim kilka setek. – Dobra, pieprzyć chłopaków, idę na taryfę – powiedział puszczając się ściany.

 

Wszedł na parkiet i aż zakręciło mu się w głowie od tego szturchającego go, wszędobylskiego tłumu. Poczuł, że ktoś go łapie za nadgarstki. Spojrzał w bok i dostrzegł śliczną rudowłosą dziewczynę, która trzymając jego ręce wesoło podskakiwała.

- Gdzie jest wyjście – Wykrzyczał jej do ucha. Dziewczyna tylko się uśmiechnęła. Odwróciła do niego plecami i kręcąc pupą przed jego przyrodzeniem zjeżdżała w dół. Piotrek zaczął odchodzić. Uśmiechnięta ruda chwyciła go za ręce. – Wyjście! Gdzie jest wyjście?! – Wykrzyczał jej prosto w twarz – tym razem przyjrzał się jej dokładniej. Zobaczył nieprzytomne białe oczy. – GDZIE JEST PIERDOLONE WYJSCIE!!! – wydarł się z całych sił. Dziewczyna przytuliła się do niego, delikatnie odwracając wskazała mu drogę. – Dzięki – szepnął zdając sobie sprawę z bezsensowności swego czynu. Po kilku minutach uciążliwej walki z pląsającą hołotom  udało mu się dostać do kolejki. – Jeśli ta ruda suka się nie pomyliła, to stoję w kolejce do szatni – pomyślał. Po kilku minutach kolejka się rozrzedziła i Piotrek stanął przed barem. – Boże, pewnie liczy, że jej drinka przyniosę, co za mała…

-  Co podać? – zapytał barman.

- Którędy do wyjścia?

- Wyjścia – zapytał zdziwiony – może piwo?

- Nie, dzięki. Pokaż mi w którą stronę jest wyjście.

- Wyjście – zdziwił się – może jednak piwo?

Chłopak przyjrzał się barmanowi. Wyżelowane włoski, zadbana bródka i te oczy… równie nieprzytomne i białe jak u Rudej.

- Kurwa, czy oni tu wszyscy naćpani chodzą? – wyszeptał do siebie. – Dobra, jedno duże piwo poproszę.

Barman wręczył mu piwo. Gdy chłopak szukał pieniędzy w portfelu, ten zniknął po drugiej stronie braku. Wziął łyka i nic nie poczuł. - Chrzczone, czy co? – zapytał. – A nie będę płacił za takie gówno – powiedział i zostawił je na barze.

 

Chłopak pojął, że najłatwiej znajdzie wyjście, jeśli będzie się poruszał wzdłuż ściany.

Nie wiedział ile czasu mu to zajęło. Czy było to pięć minut, czy 30. Dla niego była to cała wieczność. Ale udało mu się znaleźć upragnione drzwi, przed którymi stał ochroniarz. Piotrek postanowił nie zaszczycić go         nawet spojrzeniem i z całych sił pchnął wymarzone wrota. Ale te ani drgnęły.

- W czym mogę pomóc? – zapytał  ochroniarz

- Proszę otworzyć drzwi – powiedział chłopak najspokojniej jak umiał.

- Drzwi? Otworzyć? Ale po co?

Piotrkowi puściły nerwy. Podniósł powoli głowę przyglądając się rozmówcy. Na czarnym T-shirtcie zauważył białą plakietę z czerwonym napisem Hell Disco. – Kurwa, co za trafna nazwa – przyszło mu na myśl. – Spojrzał ochroniarzowi w twarz i zobaczył te same białe, nieprzytomne oczy.

- Otwórz te pierdolone drzwi, bo chce wyjść! – krzyknął mu w twarz.

- Jak sobie życzysz – usłyszał  spokojny głos. Gdy ochroniarz to mówił Piotr spostrzegł, iż jego oczy zmieniły barwę na jaskrawo czerwone, a końcówka języka zdawała się być rozdwojona.

- Tylko widzisz – kontynuował spokojnie – z tej dyskoteki nie ma wyjścia.

 

Gdy drzwi się otworzyły, chłopak zobaczył siebie samego śpiącego z głową na stole wśród kufli i kieliszków. - To niemożliwe – wyszeptał i przekroczył próg drzwi.

 

Piotrka obudził niesamowity hałas.

Zobacz Commercial Service na Oferteo.pl