sport, polityka, z życia wzięte
RSS
niedziela, 21 listopada 2010

Twarze. Wszędzie widzę twarze. Nie mogę spokojnie przejść przez miasto, aby nie czuć na sobie spojrzeń ich martwych oczu. Gdy mijam mury, ściany, lampy, przechodzę obok autobusów czy pod balkonami, one wszędzie są.  Wiem, że brzmię jakbym chorował na schizofrenię, ale nie choruję. Może byłby lepiej, gdyby to z moją głową było coś nie tak. Jestem tylko jednym, szarym obywatelem a tych twarzy są tysiące i dziś mają swój dzień. Dzień wyborów samorządowych.

Samorządy to przedsionek polityki przez wielkie P. Nic więc dziwnego, że chętnych do wejścia na tą karuzelę nie brakuje. Że niby wiele z tych osób nie ma żadnych kompetencji, wiedzy, doświadczenia czy chociażby chęci, by pomagać swoim wyborcom? Co z tego? Czy farmer  pyta swoje prosiaki o ich poglądy, gdy napełnia koryto? No właśnie.

Tysiące kandydatów poczuło swoją szansę – jak się obłowić i nic nie robić. No, z tym nic nierobieniem, to trochę przesadziłem. Trzeba przecież zrobić najbardziej godną zaufania minę, cyknąć fotkę, wydrukować plakaty i wytapetować nimi całe miasta. Niech krajanie na własne oczy przekonają się jak bardzo godnymi kandydatami są!  A jak się jeszcze uda uwiecznić na zdjęciu z Jarosławem, Donkiem, Napieralskim lub Pawlakiem – to hoho! Miejsce przy korycie ma się już na starcie.

Wybory samorządowe są najważniejszymi wyborami. To samorządowcy mają największy wpływ na nasze życie codzienne. Na to, czy w danej miejscowości będzie szpital, czy też nie. Czy będą nowe miejsca pracy, szkoły, drogi, mosty. Czy pieniądze zostaną roztrwonione, przejedzone we wspólnym korycie, czy prawidłowo użyte. Ale tak naprawdę zbyt dużego wyboru to my nie mamy.  Wyznawcy sekty Jarosława, pod wezwaniem Świętego Lecha Męczennika zagłosują na każdego kandydata, przy nazwisku którego będzie emblemat PiS’u. „Yntelygęci”  postanowią wybrać  tak zwane „mniejsze zło” i  poprą kandydatów PO.  Na swój twardy elektorat mogą również liczyć „czerwoni” oraz chłopski PSL.  Zostają tylko kandydaci z mniejszych – nic nieznaczących partii oraz politycy niezależni, którzy często formułują swoje kółka i razem – często na plecach znanych nazwisk próbują dostać się do miejsca, w którym serwują  darmową, pyszną paszę. Słucham? Aa, tak, programy wyborcze? Przekonywanie do swych stanowisk wyborców?  To już za dużo. Przerobiona facjata w photo shopie musi nam wystarczyć.

Wiem, że takim narzekaniem nic nie zmienię. Politycy byli, są i będą. Niemiłosiernie wkurza mnie nie to, że nachapią się za nasze pieniądze, a o naszych potrzebach przypomną sobie pół roku przed kolejnymi wyborami , licząc na reelekcję. Nie mogę znieść ich mord. Nie chodzi mi o te facjaty, które mają na co dzień lub te, którymi zwycięzcy tej kampanii będą atakować z pierwszych stron gazet i telewizji. Nie mogę ścierpieć tych pysków, które prześladują mnie na każdym kroku, gdy spaceruje po mieście. Wiem, że niebawem przyjdzie zima, spadnie śnieg i przykryje część tych plakatów. Niestety, mam też świadomość, że gdy śnieg stopnieje te paskudne, przemoknięte, obdarte ryła powrócą. Znowu natknę się na ich spojrzenia – wesołe, pełne wdzięczności zwycięzców i smutne, pełne żalu tych, których do wspólnego darmowego biesiadowania nie zaproszono. Niby kandydaci mają obowiązek usunąć swoje plakaty po wyborach. Nigdy się tak nie dzieję. O przegranych nikt nie pamięta. Zwycięzcom policja i straż miejska boi się wystawiać mandaty. Wolą ganiać młodych artystów, którzy swoimi graffiti próbują dodać nieco kolorytu szarym murom. Ot, polska sprawiedliwość.

Gęby samorządowych kandydatów w końcu znikną. Ale co nam z tego, skoro zastąpią je „szczere” twarze parlamentarzystów? Gdy nadejdzie czas wyborów do największego koryta w naszym kraju? Do Parlamentu Rzeczypospolitej

sobota, 21 sierpnia 2010

Musiałem ochłonąć, by napisać ten tekst. Poczekałem więc aż zaschnięte błoto odpadnie z mej skóry i odzyskam słuch, który straciłem stojąc – gdzie tam stojąc?! Wesoło pląsając pod sceną. Minęło już parę tygodni od tego niesamowitego festiwalu, a przede mną następny. Lepszej okazji do  opisania Woodstocku  z mojej perspektywy już nie będzie.

Gdy po długiej podróży dojechaliśmy do Kostrzyna, do mych nozdrzy dotarł zapach chmielu i marihuany oraz fetor potu wymieszanego z kurzem. Głośna muzyka nie pozwalała się komunikować między sobą, dlatego jestem pełen podziwu, iż udało nam się nie tylko rozbić obozowisko, ale i urządzić grilla. Ludzie, którzy na miejsce dotarli przed nami, byli już ostro zezwierzęceni. Biegali półnadzy po terenie festiwalu i czekali na swoją kolej do błotnej kąpieli. Wszyscy byli albo pijani albo naćpani. Duża część woodstockowiczów połączyła obie używki. Ze sceny Jurek Owsiak krzyczał róbta co chceta! A ludzie go słuchali…

Wydaje mi się, że taki obraz Woodstocku mają osoby, które na tym festiwalu nigdy  nie zabawiły. Sam miałem dość podobne przemyślenia, gdy pod Kostrzynem staliśmy w dwugodzinnym korku. To właśnie wtedy zacząłem układać sobie wstęp do relacji, którą planowałem napisać. Cała moja koncepcja tekstu upadła gdy dotarliśmy na miejsce. Rozbiliśmy się (spokojnie, w sensie obozowiska) na pięknej, czystej polanie. Z oddali docierała do nas muzyka ze sceny – nie był to ogłuszający łomot, tylko przyjemne tło, które powodowało, że chciałem dotrzeć do epicentrum zabawy jak najszybciej. I po krótkim spacerze dotarłem… Wyszliśmy z lasu i stojąc na górce mogliśmy rozejrzeć się po całym terenie Woodstocku. Zaniemówiłem, co takiej papli jak ja, zbyt często się nie zdarza. Na moich dwóch kompanach, nie zrobiło to aż takiego dużego wrażenia – nic dziwnego, dla nich to nie była pierwszyzna, ja zaś w tym roku się rozprawiczyłem… Spokojnie, zaprzestańcie gwizdów i braw, nie otwierajcie schłodzonych butelek szampana, rozprawiczyłem się w sensie Woodstockowym, przybyłem po raz pierwszy!

Po tym jak mój trwający kilka minut stan oniemienia przeszedł w „tylko” szok ruszyliśmy na dół. Po drodze mijaliśmy dziesiątki, setki, tysiące, dziesiątki tysięcy namiotów by dotrzeć do setek tysięcy bawiących się ludzi. Nie mam pewności kto w tym momencie grał na scenie, chyba Papa Roach, ale głowy sobie uciąć nie dam. Niby przyjechałem dla muzyki, ale ogrom wrażeń, który spadł na mnie i strzelił mnie w pysk był tak kolosalny, że na takie „detale” jak muzyka, nie byłem w stanie zwrócić uwagi. Z czasem zacząłem się oswajać  z sytuacją w której się znalazłem. Kolejne piwa, kolejni ludzie, którzy zaczepiali by pogadać i uszczknąć trochę chmielowego napoju na pewno mi w tym pomogli. Ogarnąłem się i z niecierpliwością czekałem na ostatni koncert pierwszego dnia imprezy, koncert LAO CHE. Opisywać muzykę bez dźwięków czy przynajmniej nut, to jak opowiadać niewidomemu od urodzenia o tęczy, dlatego pisać o koncertach nie będę.

Zabawa dobiegła końca, zorientowałem się, iż zgubiłem telefon. Jeszcze przed występem Lao Che wiedziałem, że odłączyłem się od mych kamratów. Rozejrzałem się wokół – morze ludzi, którzy wiedzieli w którą stronę iść. Stanąłem, zastanowiłem się chwilę nad swoją sytuacją i zrozumiałem, że nie wygląda ona za różowo. Wszak zgubiłem nie tylko telefon, zgubiłem także siebie.  Dotarłem do lasu, spacerując kilkadziesiąt minut zrozumiałem, że łażąc po lesie bez latarki, będąc pod wpływem napojów wyskokowych, posiadając zerową orientację w terenie swojego obozowiska nie znajdę. Pierwszego dnia byłem jeszcze zbyt nieśmiały, by poprosić kogoś o schronienie w namiocie, gdybym się zgubił w sobotę, to pewnie tak długo bym nie chodził. Zacząłem rozglądać się za miejscem, w którym polegnę i przykryję się bluzą. Nie mogłem takowego dostrzec , gdyż wszędzie znajdowały się namioty. Parłem więc dalej. Nagle natknąłem się na kolesia z pokojowego patrolu, zapytałem go o camping na którym się rozbiliśmy – już nie pamiętam jaki to był numer, wtedy jakimś cudem pamiętałem. Okazało się, że dotarłem na miejsce. Myślałem, że dźwięk spadającego mi z serca kamienia pobudzi całe obozowisko, na szczęście było już tak późno a raczej wcześnie, że wszyscy twardo spali. Poszedłem w ich ślady.

Opisywać kolejnych dni nie ma sensu. Świetne koncerty i tak kapitalną zabawę trzeba przeżyć samemu. Jedno mnie tylko zadziwiło – w pozytywny sposób. Na terenie Przystanku nie mogłem dostrzec policji ani żadnej firmy ochroniarskiej. Nie, żebym chciał krzyczeć JP ! Ale zaskoczony byłem faktem, że porządku strzeże tylko Pokojowy Patrol. Gdy obserwując ich zobaczyłem w jaki sposób to robią, zrozumiałem, że słowo „tylko” jest tutaj zdecydowanie nie na miejscu.

Fajnie się złożyło, że niemal w tym samym czasie zaczęła się „walka o krzyż” przed Pałacem Prezydenckim. Tam rzucono tyle policji, co na mecz „podwyższonego ryzyka”. Obrońcy krzyża też robili co chcieli, ale nie wydaję mi się, aby poszli za hasłem Jurka Owsiaka.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Eksperyment o nazwie „Mistrzostwa Świata w RPA 2010” dobiegł końca. Gdy dowiedziałem się, że FIFA zdecydowała się zorganizować najważniejszy piłkarski turniej, rozgrywany raz na cztery lata, w kraju tak podzielonym jak Republika Południowej Afryki. W kraju, w którym na ulicach rządzi przemoc, a na stadionach nieznośne wuwuzele. Pomyślałem : nigdy w życiu! Czy miałem rację? Mistrzostwa się zakończyły, znamy wygranych i przegranych. „Pacjent przeżył, operacja się udała.” Ale czy na pewno?

Były to niemal najgorsze MŚ jakie pamiętam. O splendor pierwszego miejsca, afrykański mundial może konkurować jedynie z feralnym turniejem rozgrywanym na boiskach Japonii Korei. Myślałem, że ludzie uczą się na błędach. Ludzie? Być może, FIFA niekoniecznie.

Ten mundial był kiepski nie dlatego, że kompletnie zawiedli niektórzy faworyci: żenujący, skłóceni ze sobą Francuzi, ledwo człapiący Włosi, czy totalnie zagubieni Anglicy. Głównymi winowajcami byli zupełnie niedysponowani sędziowie, a raczej FIFA, która ich wyselekcjonowała. Oczywiście nie jestem wstanie z pamięci wymienić wszystkich ich wpadek, ale i tak sporo jest tych, które mocno wbiły mi się w pamięć i to je chciałem przypomnieć:

USA – Słowenia, niespodziewane prowadzenie naszych eliminacyjnych pogromców 2-0 i heroiczna walka Amerykanów. Jankesi doszli Słoweńców na 2-2 i strzelili bramkę na 3-2. Prawidłowo zdobyty gol z niewiadomych przyczyn nie został uznany. Przez ten fatalny błąd niewiele brakowało, by piłkarze ze Stanów nie wyszli z grupy. Dopiero bramka strzelona w doliczonym czasie gry Algierii dała im upragniony awans.

Hiszpania – Chile, mistrzowie Europy po sensacyjnej porażce ze Szwajcarią byli na musiku. By marzyć o wyjściu z grupy nie mogli sobie pozwolić na stratę punktów w spotkanie z Chile. Hiszpanie prowadzili 1-0 i przed przerwą udało im się podwyższyć na 2-0. Tyle, że w akcji, w której piłkarze Del Bosque podwyższyli arbiter spotkania dał się nabrać na faul widmo na Fernando Torresie. W konsekwencji piłkarze z Ameryki Południowej kończyli mecz w 10, a mimo to udało im się zdobyć bramkę kontaktową. Kto wie, jak skończyłby się ten mecz gdyby nie żenująca postawa „El Nino” i gapiostwo sędziego.

Niemcy – Anglia, szlagier 1/8 finału. Niemcy zaczęli z wysokiego C i prowadzili już 2-0. Dali sobie jednak wbić bramkę na 1-2, a po chwili po cudownym uderzeniu Franka Lamparda stracili bramkę na 2-2. Gola podziwiali wszyscy tylko nie arbitrzy tego spotkania. Bramka nie została uznana, przybici tą sytuacją Synowie Albionu już się nie podnieśli, przegrali 1-4

Argentyna – Meksyk, kolejne spotkanie 1/8 finału. Zdecydowani faworyci tego spotkania długo męczyli się z dzielnie grającą 11-stką Meksyku. W końcu Tevezowi udało się zdobyć bramkę dającą prowadzenie Argentynie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że napastnik Manchesteru City znajdował się na gigantycznym spalonym, który widzieli wszyscy…no prawię wszyscy. Bramka została uznana, Meksykanie złożyli broń. Dostali jeszcze dwie i wrócili do krainy kaktusów i tequili.

Hiszpania – Paragwaj, tym razem spotkanie ćwierćfinałowe. Wielkimi faworytami tego meczu byli piłkarze z półwyspu Apenińskiego. Jednak ku rozpaczy swoich kibiców nie radzili sobie z dzielnie grającymi Paragwajczykami. Gdy mistrzowie Europy stracili bramkę wydawało się, iż będziemy świadkami ogromnej sensacji. Sędzia prowadzący to spotkanie chyba się przestraszył takiej możliwości bo bramki nie uznał. Dlaczego? To pozostanie jego słodką tajemnicą. Hiszpanie przy dużej dozie szczęścia i fenomenalnemu Ikerowi Casillasowi doczłapali się do półfinału pokonując Paragwaj 1-0

Holandia – Urugwaj, pierwsza połowa pierwszego półfinału to dwie kapitalne bramki i remis 1-1. W drugiej części gry faworyzowana ekipa Oranje przez długi okres czasu nie mogła znaleźć sposobu na dzielnych Urusów. W końcu Wesley Snaijder oddał przypadkowy strzał po którym padła bramka na 2-1. Tor piłki lecącej do bramki Urugwaju próbował zmienić jeszcze Robin van Persie, który był na spalonym. Piłki nie trafił, ale swoim zachowaniem zmylił bramkarza. Gol nie powinien zostać uznany, ale sędziowie nie dopatrzyli się pozycji spalonej napastnika Arenalu. Chwilę później Urusów dobił strzałem główą Robben. I chociaż pod koniec spotkania dzielnie grająca ekipa Urugwaju strzeliła bramkę kontaktową to w wymarzonym finale zagrali ich przeciwnicy.

Hiszpania – Holandia, o tym finale będą krążyły legendy. Nie zdziwię się, jeśli kiedyś nakręcą o nim film karate z gwiazdami kina akcji. Nieudolność sędziego Howarda Webba momentami porażała. Nie ma co jednak winić Anglika za to, iż jest arbitrem chimerycznym, nie potrafiącym utrzymać wysokiej formy przez kilka spotkań z rzędu. Między innymi z tego powodu musiał sędziować rozgrywki niższej ligi angielskiej „za karę”. FIFA nic sobie z tego nie zrobiła i zaprosiła niegdysiejszego wroga publicznego numer 1 polskich kibiców na mundial. Webb początkowo nie był jednak faworytem do sędziowania finału.  Wszystko się zmieniło za sprawą piłkarskiej federacji Urugwaju, która przed swoim ćwierćfinałowym spotkaniem z Ghaną zaprotestowała. Afrykanie obawiali się, iż sędzia Webb może chcieć się zemścić za fatalną pomyłkę urugwajskiego arbitra w spotkaniu Anglia – Niemcy i poprosili o zmianę arbitra. FIFA przychyliła się do tej prośby i ... podarowała angielskiemu arbitrowi finał.

Gdybym miał wytykać wszystkie błędy Howarda Webba podczas tych niespełna 120minut mogłoby zabraknąć papieru, tuszu lub pamięci w komputerze, dlatego wspomnę tylko te najokazalsze:

Kung-Fu cios De Jonga – tutaj chyba wszyscy kibice – nawet ci pomarańczowi są zgodni co do czerwieni.

Brutalne wejścia Marka van Bommela, za które Holender został ukarany dopiero w drugiej połowie

Brak kartki dla Puyola, który chwytem godnym mistrza zapasów powstrzymał Robbena wychodzącego sam na sam z Casillasem.

Kartka dla Robbena, który nie potrafił pogodzić się z tą absurdalną decyzją angielskiego sędziego.

Niezauważenie faulu bez piłki, którego dopuścił się Iniesta na van Bommelu, kartka przynajmniej żółta.

Notoryczne nabieranie się na nurkowanie Hiszpanów, którzy dostrzegli kiepską dyspozycję arbitra oraz przesadnie brutalną grę Holendrów.

Nie podyktowanie rzutu rożnego dla Holandii, gdy piłka po strzale Snajidera odbiła się najpierw od hiszpańskiego muru, a potem rąk Casillasa. W konsekwencji Hiszpania strzeliła bramkę po kontrataku.

Jestem przekonany, iż pominąłem kilka błędów sędziów, ale jestem przekonany, że przekaz jest jasny. W piłce nożnej potrzebna jest technologiczna rewolucja, która pomoże sędziom podejmować słuszne decyzje i nie da im już wymówek. Czego zatem obawia się FIFA?  Może właśnie dokładnie tego.

Hiszpania zdobyła mistrzostwo ponieważ od lat jest zdecydowanie najlepszą drużyną. Tyle, że nie zawsze najlepszy wygrywa. Gdyby nie te feralne błędy, które przytrafiały się arbitrom w każdej fazie turnieju, może mielibyśmy innych mistrzów? A może La Furia Roja potwierdziła by swoją dominację w bardziej przekonujący sposób?

wtorek, 08 czerwca 2010

Mam problem. To znaczy całe stado problemów. Już podczas porannej toalety, gdy spojrzę w lustro to dochodzę do wniosku, iż rodzice podczas chrztu popełnili błąd nadając mi imiona Wojciech, Jerzy zamiast "Problem" i "Kłopot". No, ale to temat na dłuższą dysputę w gabinecie psychologicznym...

Moim obecnym zmartwieniem, którym pragnę się z Wami podzielić są zbliżające się wielkimi krokami przyspieszone wybory prezydenckie. Pierwszy raz, od kiedy odebrałem pewien plastikowy prostokąt uprawniający mnie do głosowania, nie mam bladego pojęcia na kogo oddać swój cenny głos. W tej całej "elicie" , która zdecydowała się wziąć udział w wyścigu o najwyższy urząd w państwie, nie widzę nawet pół polityka godnego by zasiąść w fotelu prezydenckim. Spośród kilkunastu mniej lub bardziej poważnych kandydatów, nasze rzekomo obiektywne i demokratyczne media postanowiły skupić praktycznie całą swą uwagę na zaledwie dwóch pretendentach. Ograniczając w ten sposób w zasadzie do zera szanse pozostałych kandydatów. Nie chodzi mi tylko o czas antenowy, który przyznawany jest politykom, ale przede wszystkim o zachowanie tak zwanych ekspertów oraz dziennikarzy. Zdecydowana większość programów publicystycznych, zarówno tych telewizyjnych jak i radiowych oraz wszelakich felietonów, artykułów czy komentarzy poświęcona jest panom Kaczyńskiemu i Komorowskiemu.

Przez takie działanie, szary obywatel, którego polityka na co dzień specjalnie nie interesuje dochodzi do wniosku, iż wybór ma tylko między politykiem PiS'u oraz PO. I tak oto "przeciętny Kowalski" zastanawia się czy postawić na "brata tragicznie zmarłego prezydenta, który do końca stał na straży Rzeczpospolitej" czy na "mniejsze zło". a ja chciałbym się dowiedzieć, czym do jasnej cholery jest owo mniejsze zło?! Dla mnie taki wybór, to jak decyzja o tym czy przytrzasnąć sobie penisa drzwiami od lodówki, czy też tymi należącymi do dębowej szafy. Owszem, za  lodówką przemawia możliwość schłodzenia obolałego członka, dzięki czemu być może chociaż częściowo uda się uśmierzyć ból i może to właśnie jest owym mistycznym "mniejszym złem". Jeśli tak ma wyglądać mój wybór, to ja dziękuje bardzo ale postoję.

Są przecież jeszcze inni kandydaci - owszem również  nie najwyższych lotów - którym należy się taka sama uwaga. Choćby taki Janusz Korwin - Mikke. Nazwijmy go (delikatnie mówiąc) politykiem oryginalnym, z ciekawymi, czasem zupełnie wyciętymi z komiksu pomysłami. Samo zestawienie go wraz z faworyzowaną dwójką w znaczny sposób podkoloryzowałoby tą nudną, szarą, opartą na pustych sloganach kampanię. Jest też lider lewicy - Grzegorz Napieralski, który co prawda ma w sobie tyle charyzmy co kilkunastoletni wykastrowany kot cierpiący na nadwagę, ale już za samo bycie przywódcą największego lewicowego ugrupowania w naszym kraju należy mu się zdecydowanie więcej medialnej uwagi. Kolejnym pomijanym kandydatem jest były marszałek Sejmu pan Marek Jurek. Konserwatywny prawicowiec, który z całą pewnością byłby w stanie uszczknąć trochę POPiSowego elektoratu. Następny w kolejce jest Andrzej Olechowski. Niegdyś jeden z ojców założycieli Platformy Obywatelskiej, dziś bezpartyjny, zamożny polityk z własną wizją państwa. Wizją której przedstawić większemu gronu głosujących nie może, bo medialny tort został już dawno podzielony. Mógłbym jeszcze dodać do tej listy Waldemara Pawlaka, ale on akurat wygląda na człowieka, któremu nie specjalnie zależy na wygraniu tych wyborów, ot chce tylko przypomnieć o sobie i Polskim Stronnictwie Ludowym chłopom. A skoro już jesteśmy przy chłopach to, nie sposób zapomnieć o Andrzeju Lepperze... niestety.

Nie mam zamiaru agitować na rzecz któregokolwiek z kandydatów. Ja wiem na kogo zagłosuje w pierwszej turze. Jeśli do drugiej dojdzie i faktycznie będzie to bajka „o Bronku i Donku oraz o żałobniku Jarze”, to chromolę, wrzucam pustą kartę. Będzie to mój cichy protest przeciw takiemu podejściu do wyborów jakie prezentują nasze media. Cichy protest, którego nikt nie zauważy. Przecież wszystkie kamery i mikrofony będą w tym dniu towarzyszyć swoim pupilom.

sobota, 05 czerwca 2010

W zeszłą sobotę rozdziewiczyłem się w sensie kibicowsko – reprezentacyjnym. Po raz pierwszy w życiu miałem przyjemność okazję obejrzeć mecz biało-czerwonych z trybun. Cóż droga młodzieży, pierwszy raz boli. Oczywiście zdaję sobie sprawę z faktu, iż trener Smuda buduje zespół na Euro 2012. Obecnie kadra dopiero raczkuje, a skrzydła – których nawiasem mówiąc bardzo brakuje naszej drużynie narodowej – ma rozwinąć na najważniejszej imprezie sportowej w historii Polski. Rozumiem to i nie mam zamiaru pastwić się nad ekipą Franza. Napiszę tylko to, co mi kibicowi przez gardło przejść nie chce, a i palce w formie buntu wykrzywiają mi się gdy to piszę. To dobrze, że nie zobaczymy Polski na mistrzostwach świata w RPA. Należę do grupy kibiców naiwnych, romantycznych czy jak kto woli - zwyczajnie głupich. Przed każdą imprezą na której grają Polacy (za mojego życia pierwszą taką był mundial 86, ale miałem wtedy 2 miesiące) jestem przekonany, iż nasze orły wyjdą z grupy. Przed drugim meczem, tym często nazywanym meczem o wszystko nadal w to wierzę, a po trzecim, tym o honor już tylko gapię się w telewizor z rozdziawioną gębą i niemym pytaniem „dlaczego”. To właśnie te żarty o trzech meczach, które często stroili sobie moi mniej naiwni koledzy sprawiły, że tym razem cieszę się, iż w tym roku nie będę tak kurczowo ściskał szalika, kołysząc się jak w mantrze nad paczką chipsów i puszką piwa. Orły do RPA nie doleciały. Niech zatem w spokoju przygotowują się do mistrzostw Europy, wtedy mantra powróci.

Cieszę się na afrykański mundial jak dziecko na Mikołajki. Zapowiada się on dla mnie równie ciekawie co USA 94 i Francja 98 (Italii 90 nie pamiętam). Możemy ze spokojem śledzić mecze najlepszych drużyn globu i spodziewać się naprawdę zacnego futbolu. Tym razem nie będzie już nerwowego odliczania minut do naszego meczu i wpatrywania się z niedowierzaniem w tabelę „polskiej” grupy. Podczas tego mundialu możemy skupić się na tych najlepszych jak : Hiszpanie, Włosi, Brazylijczycy, Argentyńczycy, Anglicy czy Holendrzy. Zapowiadają się kapitalne mistrzostwa, nie tylko z punktu czysto sportowego, ale i medialnego. Nie przypominam sobie, żeby przed wcześniejszymi MŚ wykreowano tak jasno świecące gwiazdy. Cała Anglia modli się do Boga o imieniu Wayne. Portugalia ma swego samozwańczego króla Cristiano. Holendrzy nowych przywódców w postaci Sneijdera i Robbena. Argentyńczycy posiadają w swych szeregach następcę „Boskiego Diego”. Brazylijczycy mają… cóż oni są Brazylijczykami. Hiszpanie wydają się być nadal w mistrzowskiej formie, a ich gwiazd nie ma co wymieniać, bo jeszcze kogoś pominę. Ktoś z tego piedestału na pewno spadnie, może zaświeci kolejna gwiazda, bo co to za turniej bez niespodzianek?  Cytując Jurka Owsiaka, powiem tylko : Oj! Się będzie działo!

Rozumiem stawiam na Hiszpanie, sercem trzymam z Holandią, a boję się, że wygrają Niemcy, bo oni już tak mają.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zobacz Commercial Service na Oferteo.pl