sport, polityka, z życia wzięte
RSS
sobota, 07 maja 2011

 

Polska to kraj położony między Bugiem a Odrą. Przez tubylców często nazywany „Krainą absurdów” . Nic dziwnego, wystarczy wziąć do ręki byle jaką gazetę z obojętne którego dnia i przeczytać pierwszy lepszy artykuł dotyczący tego fascynującego miejsca, aby złapać się za głowę i zaniemówić z niedowierzania. Gdy chwila konsternacji minie, człowiek uzmysławia sobie, że to co właśnie przeczytał, aż tak go nie szokuje. Przypomina sobie inne teksty na temat życia w nadwiślanym kraju i ze spokojem przyjmuje kolejny – wydawać by się mogło – niemożliwy news do swojej świadomości.

                Gdy przed laty, Polska wraz z Ukrainą ubiegała się o organizację Mistrzostw Europy w piłce kopanej ludzie pukali się w czoła. Sam byłem jednym z tych „ludziów”. Okazało się, że UEFA pokłada w nas I w naszych wschodnich sąsiadach większą wiarę niż my sami. Byłem jedną z osób, które z niedowierzaniem podnosiła swą szczękę z ziemi. Gdy pierwszy szok przeminął, Polacy zachowali się jak przystało na naród narzekaczy i melancholików. Podnosiły się głosy, że nie damy rady, bo nie mamy i nie wybudujemy autostrad, godnych zachodnich gości hoteli czy spełniających wymogi międzynarodowych lotnisk. Prawie nikt nie wierzył w to, że postawimy piękne – widziane tylko w telewizji lub na zagranicznych wycieczkach stadiony, i co? Ano, autostrad przybyło tyle, co kot napłakał, ale hej! Umówmy się. Kto wierzył  politykom?  Odnowione i nowo wybudowane hotele wyrastają jak grzyby po deszczu, dzięki prywatnym inwestycją, a lotniska… cóż, są jakie są. Najważniejsze jednak jest to, że powstały piękne, nowoczesne stadiony. I to nie tylko 4 na których rozegrane zostaną mecze Euro 2012. Wybudowano także dwa piękne stadiony zapasowe, oraz kilka! Stadionów w miastach, które marzą o tym, by reprezentacje innych krajów urządziły sobie tam bazy treningowe przed turniejem. Sielanka!

                W normalnym kraju, przy normalnych politykach i z normalnym związkiem piłkarskim wszystko byłoby właśnie domykane na ostatni guzik. „Eurostadiony” byłyby testowane pod każdym możliwym kątem jak choćby  bezpieczeństwa czy funkcjonalności. Co jednak robi PZPN na rok i kilkadziesiąt dni przed rozpoczęciem największej imprezy sportowej w historii naszego kraju? Rozgrywa finał Pucharu Polski, między dwoma zwaśnionymi klubami na nieprzygotowanym do tego stadionie lekkoatletycznym w Bydgoszczy. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych dorzuca do tej zabawy niemal milion złotych na doposażenie policji i cyrk się rozpoczyna. Nienawidzący się wzajemnie kibole Legii i Lecha rozpieprzają stadion Zawiszy, nieprzygotowani totalnie policjanci starają się nie wtrącać i cykają im „sweetaśne fotki”. Ok., na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że policjanci nie wdają się w regularną bitwę z kibolstwem bojąc się eskalacji przemocy, zbierają materiał dowodowy, by niesfornych szalikowców zidentyfikować a później srogo ukarać, by w ten sposób pozbyć się zagrożenia płynącego z ich strony podczas Mistrzostw Europy.

                Nic bardziej mylnego. Policji nie udało się ukarać żadnego ze stadionowych bandytów. PZPN pyskiem Zdzisława Kręciny umył ręce od całego bałaganu zwalając winę na organizatora spotkania, ten na policję i wszystko rozeszłoby się po kościach, gdyby nie jedno małe ‘ale’ – Euro 2012. Czujni jak zawsze dziennikarze wszelakiej maści obsmarowali rządzących za ich nieudolność w walce z kibolską zarazą. Nastraszyli, że wspaniałą przyszłoroczną imprezę zniszczy horda zakapturzonych jegomości, którym na szyjach zwisać będą szaliki. Podpalą oni trybuny racami świetlnymi i ogłuszą naszych gości pokazami pirotechnicznymi. Przy okazji wymordują, zgwałcą a nawet okradną wszystkich!

                Władza nie lubi być przez media oskarżana o nieróbstwo. Wzięła więc sprawy w swoje ręce. Nie wypowiedziała wojny kibolstwu bezpośrednio. Nie wyłapała bandytów niszczących stadiony, plujących na kibiców, czy lejących w pysk swoich piłkarzy. O co to nie. Decyzją wojewodów zamknęła dwa bodaj najbezpieczniejsze obecnie stadiony w Polsce, aby kiboli skarcić. Nie wzięła władza pod uwagę faktu, iż owi „dżentelmeni” mecze jako rozrywkę czysto sportową mają w głębokim poważaniu, finanse klubów – które przez mecze bez publiczności ucierpiały – mają gdzie promienie słońca nie docierają. Ukarała władza za to kibiców, którzy futbolem się pasjonują – tak, nawet tym w wydaniu polskim. Tych, którzy do Euro odliczają dni. Pokazała jednocześnie, że na dzień dzisiejszy, Polska nie jest wstanie zagwarantować bezpieczeństwa podczas mistrzostw. Zamiast rozwiązać problem bandytyzmu na stadionach, woli je zamykać, a problem zamieść pod dywan.

Szlachetna Władzo, na Euro 2012 to nie zadziała. Za rok nie będziecie mogli zamknąć  stadionów, problemy wrócą i co wtedy?

czwartek, 14 kwietnia 2011

Mam już serdecznie dość sytuacji, w której znalazł się nasz kraj po tragedii 10 kwietnia 2010 roku. Jak sama katastrofa była niesamowicie trudna do pojęcia, tak działania rządzących, chcących rządzić i dziennikarzy relacjonujących ich postępowania są już po prostu nie do ogarnięcia.

Minął rok od tego feralnego poranka. Żałoba zatem powinna dobiec końca. Tyle, że w naszym życiu polityczno-medialnym takowej w ogóle nie zauważyłem. Zamiast tego przez ostatnie dwanaście miesięcy trwała wojna podjazdowa między zwolennikami PiS’u i PO. Cały ten żenujący spektakl podjudzają tylko media, które wszem i wobec wieszczą podzielenie narodu polskiego na dwa obozy – ten „Donka i Bronka” oraz „Tego Drugiego co zakosił Księżyc”. Brakuje mi w tym wszystkim jeszcze jednej  grupy. Ludzi, którymi tragedia smoleńska wstrząsnęła, ale mają serdecznie dość życia traumatyczną przeszłością. A kłótnie o to czy i gdzie stanie krzyż, pomnik lub inne mauzoleum mają serdecznie w poważaniu.

Niestety gazety, tygodniki, stacje radiowe i telewizyjne nie pozwalają nam wrócić do normalnego życia. Co chwila z prasy atakują nas wypowiedzi Niesiołowskiego czy Czarneckiego. Jarosław cytuje Herberta, który pewnie przewraca się w grobie i ten „news” także nie daje nam zapomnieć. Prezydent Komorowski na spotkaniu z prezydentem Mediewewem nie potrafi poruszyć tematu feralnej tablicy smoleńskiej i kolejna runda  bluzgów miedzy wrogimi obozami rozpoczęta. Marta Kaczyńska… nie ważne nawet co powie i tak po chwili z obu stron lecą komentarze godne trybun piłkarskich a nie „elity” politycznej.

Polacy są znani jako naród melancholików i narzekaczy, którzy najchętniej żyją martyrologią swojej ojczyzny. Fakt, los nieraz okrutnie nas doświadczył, ale pozytywne promienie słońca dla nas nie zaświecą, jeśli sami czegoś nie zmienimy. A niby jak mamy to zrobić żyjąc  w cieniu tragedii Tupolewa  pod kopułą polsko-polskiej wojny? Przecież nawet ja, otwierając lodówkę, widząc zimnego Lecha nie uśmiecham się jak niegdyś. Nie chwytam go od razu spragnioną ręką. Po chwili nie słychać charakterystycznego „pssst” i „gul, gul”. Zamiast tego przypomina mi się słynna reklama piwa zawieszona vis -a- vis Wawelu i coś na kształt poczucia winy. Niby dlaczego? Przez to pranie mózgów, które urządzają nam media ramię w ramię z politykami od ponad roku? Czy to dlatego wszystko co ma cokolwiek wspólnego z tragedią z 10 kwietnia lub Parą Prezydencką musi być stawiane na piedestale, bo w przeciwnym wypadku będzie niesmaczne? Niesmaczna pewnie będzie też kaczka, którą jak co roku upiekę w prodiżu na Święta Wielkanocne. Bo jak do cholery można jeść kaczki po tym co się wydarzyło w pod smoleńskim lesie?!

Nie mam pojęcia kiedy skończy się ta paranoja, która ogarnęła polaków. Pierwsza myśl ? Wybory parlamentarne, ale to niemożliwe. Jeśli wygra Platforma, Jarosław Kaczyński nadal będzie wypatrywał spisku i zdrajców za niego odpowiedzialnych. Jeśli zaś wygra PiS, owych zdrajców trzeba będzie pociągnąć do odpowiedzialności. Co zatem może zrobić partia, która wygra zbliżające wybory, aby uspokoić sytuację w kraju? Ogłosić tragicznie zmarłych Świętymi – Patronami Polski, wypowiedzieć wojnie Rosji – odpowiedzialnej za tą tragedię/zamach  i w orędziu do narodu zaapelować o nałożenie bagnetów na broń?

Czy istnieje jeszcze racjonalne wyjście z tej chorej, patowej sytuacji w której się znaleźliśmy?

Obawiam się, że nie.

 

sobota, 19 marca 2011

 

Naśmiewałem się z naszych zachodnich sąsiadów podczas afrykańskiego mundialu. Tak, wiem, że nabijanie się z Niemców, którzy w zeszłym roku wywalczyli brąz, będąc kibicem reprezentacji, która została bezlitośnie obita w eliminacjach przez Słowaków, Słoweńców i Czechów jest dość… specyficzne. Mimo to, oglądając mecze reprezentacji Niemiec nie mogłem powstrzymać się od szyderczego chichotu. Tak oto bowiem synowie – naprawdę staram się powstrzymać, żeby nie napisać Hitlera – Johana Gutenberga, którzy w swojej historii zasłynęli jako zgraja nacjonalistów wystawia na mundial reprezentację złożoną z kilku (3?) Polaków, Turków, Brazylijczyków i Ghanijczyka . I jak tu – będąc dumnym Niemcem – im kibicować? OK., fakt, ta wielonarodowa mieszanka zagrała kawał zacnego futbolu, ale przecież od mieszanek, mających bawić kibiców piłki nożnej mamy kluby, a robienie tego samego z reprezentacjami jest po prostu wypaczeniem sensu rozgrywek międzynarodowych.

Ponabijałem się z Niemców i szybko spotkała mnie kara. To nawet nie chodzi o to, że jako kibic dostane dokładnie to samo, co mój zachodni sąsiad w zeszłym roku. Nie, ja dostane marną podróbę! Nasz trener -  znany od lat, jako wielki fan wszystkiego co niemieckie Franz Smuda – stara się skopiować pomysł swojego niemieckiego odpowiednika. Łapiemy zatem na siłę wszystkich piłkarzy mających „-ski” w nazwisku, babkę polkę, lub chociaż wnuczka, którego babcia z Polakiem mogła mieć co najwyżej romans. Hej! Babcia Polskę kochała, więc dawaj go do reprezentacji! Denerwuje mnie to niemiłosiernie, nie tylko dla tego, że uważam, iż reprezentacja Polski powinna być dla Polaków (aż czuje jak mi rośnie wąsik i przedłuża się grzywka) ale dlatego, że Smuda nie wybiera w elicie obcokrajowców, którzy chcą grać w koszulce z orzełkiem na piersi. Nie, Franz przebiera w grajkach, których ich macierzyste reprezentacje olały. Ma nadzieje, że z tego drugiego sortu ubierze na euro 2012 reprezentację, której nie będziemy się wstydzić – czyli taką, która pierwszy raz od mundialu w 1982 roku wyjdzie z grupy na imprezie rangi mistrzowskiej. Cholera wie, biorąc pod uwagę fakt, że jako gospodarz będziemy rozstawieni, więc zapewne trafimy na mocno przeciętną grupę, może nam się wreszcie to uda…

Uczmy się zatem języków obcych. Polecam portugalski, niemieck, francuzki i hiszpański. Nie, nie dlatego, że łatwiej o godną pracę na zachodzie. Myślę, że fajnie będzie „polskim” piłkarzom usłyszeć doping w ich ojczystym języku. Idę po słowniki, chleb i sól – Wy zorganizujcie jakąś flaszkę.

piątek, 25 lutego 2011

„Odpowiedzialność za wynik biorę na siebie” – rzucił na konferencji prasowej trener Lechitów Jose Maria Bakero. To stwierdzenie wbiło mnie w szok. Bo przecież kto by rozliczał trenera po przegranym dwumeczu, który miał przedłużyć sen o Europie? Słucham? Że każdy? No tak, ale miło, że legenda Barcelony broni swoich podopiecznych.

Spokojnie, schowajcie widły i zgaście pochodnie, żadnego linczu na trenerze Lecha nie będzie. Bo czy tak naprawdę hiszpański trener jest odpowiedzialny za to, że mistrz Polski nie był w stanie pokonać przeciętnej drużyny jaką jest Sporting Braga? Drużyny, która w dodatku jest w sporym kryzysie personalnym?  Okej, jego zmiany w składzie, które miały wprowadzić zamęt w szeregach gospodarzy wprowadziły totalną dezorientację wśród piłkarzy Lecha. Pomijając to, kto o zdrowych zmysłach postawiłby na mistrza Polski w meczu przeciwko wicemistrzowi Portugali w jakiej formie by on nie był? -Pan? Spokojnie, siostra już niesie leki, kaftan też się znajdzie.-

Tak, wiem, że po losowaniu grup Ligi Europejskiej, nikt nie postawiłby złamanego grosza na to, że Lech wyjdzie z grupy. A tu proszę, dwa remisy z wielkim Juventusem Turyn, 3 punkty zdobyte na miliarderach z Manchesteru City oraz komplet oczek kosztem Salzburga. Robi wrażenie? Jasne, że robi! Nie wiem, czy dożyję dnia, w którym polski zespół powtórzy wyczyn Poznaniaków. Wszystko brzmi pięknie, ale jest kilka małych „ale” :

Tak, Lech zremisował w Turynie z Juventusem 3:3, tyle, że ten wynik należy przyjąć jako porażkę. - Niech siostra schowa ten kaftan, nie bredzę! -  Pamiętajmy, że Juve na początku zlekceważyło championa Ekstraklasy i przegrywało 0:2. Po kilkudziesięciu minutach gospodarze prowadzili już 3:2 i tylko cudowna bramka Rudvensa (najprawdopodobniej bramka życia, o której będzie opowiadał legendy swoim wnukom) w końcówce spotkania pozwoliła Lechowi wywieźć sensacyjny punkt ze Stadio delle Alpi. Rewanż w Poznaniu niestety bardziej niż mecz piłki nożnej przypominał nowy program TVN’u. W tych anormalnych warunkach mistrzowie Polski zremisowali 1:1 co zapewniło im awans do dalszej fazy. Zdaję sobie sprawę z faktu, iż warunki były takie same dla obu drużyn. Tyle, że Lech nie osiągnął zwycięskiego remisu (przekleństwo polskich kibiców, tak jakby nasi piłkarze nie mogli po prostu zwyciężać) w meczu piłkarskim, a w jakiejś dyscyplinie zimowych sportów ekstremalnych.

Dwumecz z Manchesterem City rozpoczął się od gładkich bęcków na City of Manchester Stadium, a zakończył na niespodziewanym zwycięstwie Poznaniaków 3:1 na Stadionie Miejskim. Należy jednak wziąć pod uwagę fakt, iż Manchester przywiózł do stolicy Wielkopolski drugi garnitur, któremu bardziej niż na zwycięstwie zależało na nieodniesieniu kontuzji. Mimo wszystko wynik sensacyjny, a ostatnia bramka młodego Lechity wymarzona.

Spotkania z Salzburgiem były do siebie bardzo podobne. Spotkały się dwie toporne drużyny, które braki w technice chciały nadrobić zaangażowaniem. Lechowi w obu spotkaniach chciało się bardziej. To właśnie dzięki tym 6 punktom, mogliśmy ze zdumieniem przecierać oczy jesienią 2010roku.

Przygoda Lecha z europejskimi pucharami nie jest jednak tak piękna. Należy pamiętać o żenującym spektaklu jaki Lechici ufundowali swym kibicom w dwumeczu fazy eliminacyjnej LM z mistrzem Azerbejdżanu. Po tamtych spotkaniach bohaterem Poznania był – ganiony po wpadce w Bradze – Krzysztof Kotorowski. Forma mistrzów Polski miała nadejść w kolejnej rundzie eliminacji do wymarzonej przez polskie kluby Ligi Mistrzów. Nie nadeszła. Lech nie potrafił pokonać  mocno przeciętnej drużyny, jaką jest Sparta Praga i znów pozostało mu grać w ,,pucharze pocieszenia”.

Pomijając fakt, iż Kolejorz miał furę szczęścia, to w Lidze Europejskiej wypadł nad wyraz dobrze. Ile lat przyjdzie nam poczekać na to, by któryś z polskich klubów znów doczłapał się do wiosennych meczów pucharowych? Czy w niemal 40 milionowym kraju, gdzie nie wiedzieć czemu, piłka nożna nadal jest najpopularniejszym sportem, nie ma kilkudziesięciu ludzi, którzy potrafią kopnąć piłkę prosto częściej niż raz na mecz i nie wypluwają płuc po 30 minutach?

Już dziś rusza Ekstra(?!)klasa. Jak tu się nie radować?

wtorek, 25 stycznia 2011

Współczesne kobiety często narzekają, że „prawdziwych rycerzy już nie ma”. Nic bardziej mylnego! Są, tylko trzeba się lepiej rozejrzeć. Okay ci obecni zdają się być bardziej błędni niż sam Don Kichot, ale hej! Ideały znaleźć można tylko w bajkach.

Naszych współczesnych bohaterów cechują te same wartości, co najwspanialszych mistrzów miecza epoki średniowiecza. Są : lojalni wobec swoich kamratów, ryzykują zdrowiem i życiem by bronić swoich przekonań, barw czy godła. Potrafią stanąć na ubitej ziemi niemal zawsze, gdy ich wróg wypowie im bitwę.

Do głośnej potyczki, doszło niedawno na podłódzkiej  ziemi. Naprzeciw siebie stanęły dwa wrogie obozy z tego samego miasta. To regularne mordobicie przypłacił życiem jeden z uczestników. Dla jednej ze stron bohater, o którym będą śpiewane pieśni podczas meczów ich ukochanego klubu. Dla drugich zbyt słaby wojak, który nie powinien nawet próbować z nimi rywalizować.

Kiboli biorących udział w ustawkach  uważam za neandertalczyków, którzy spadając z poziomu swojego ego na poziom iq najprawdopodobniej rozpłaszczyliby się jak naleśniki na dobrze rozgrzanej patelni. Ale ich jeszcze nawet rozumiem. No, może nie tyle rozumiem ,co nie przeszkadzają mi ani trochę. Na te umawiane mordobicia trafiają tylko chętni, którzy wiedzą czego się spodziewać. Skoro dla nich, kluby piłkarskie, które swoich kibiców non stop wałkują ustawiając mecze, są świętością, za którą warto poświęcić życie, to wolna wola! Cholera chciałbym, żeby zorganizowano im mistrzostwa polski. Wywieźć ich do lasu, niechaj leją się na swoich regułach. Oni poznają mistrza, a z naszej populacji zniknie paru popaprańców. Ot, selekcja naturalna.

Jak jeszcze tych goryli, kochających się naparzać w imię klubów, które same najchętniej by ich powystrzeliwały w ich pokrętnej logice potrafię zrozumieć, tak tego co ostatnio stało się w Krakowie już nie. Mimo tego, iż mam całkiem bujną wyobraźnię, nie potrafię ogarnąć tej chorej sytuacji. No przecież cała ta wiślacka piętnastka musiała być ostro niedorozwinięta. Co oni mięli w głowach, żeby w biały dzień w piętnastu uzbrojonych w noże, tasaki i maczety napaść na jednego faceta?  I co? Zmasakrowali go zadając 60 ran kłutych, działając jak najwięksi tchórze. Zmarnowali życia kilkunastu (przynajmniej osobom). W imię czego? Herbu z białą gwiazdą i dla jakichś kolorków? Ciekawi mnie, co ta banda „bohaterów” będzie opowiadała swoim synom i wnuczkom, gdy opuszczą wiezienia (mam nadzieje, że złapią ich niebawem i skażą na długie lata)?

Wyobraźcie sobie taką sytuację:

Siedzi jeden z tych degeneratów w bujanym fotelu, przed nim przyjaźnie strzela ogień w kominku. Po chwili podchodzi do niego wnuczek i wdrapuje mu się na kolana. - Dziadku! – Woła, wytrącając go ze snu – Dziadziusiu, opowiedz mi o swojej największej przygodzie – Zachęca.

- No cóż – podstarzały wiślak poprawił fajkę – wszystko zaczęło się gdy na ulicach widać było już promienie słońca. Był mroźny styczniowy poranek. Stanąłem na jednej z krakowskich ulic z 14 stoma braćmi po szalu. Uzbrojeni byliśmy jedynie w tasaki, noże i maczety – zawiesił głos na chwilę przypatrując się wnukowi – Wiedziałem jak ryzykujemy. Przecież rzucaliśmy się na jednego z nich! – podniósł głos – Passsssy – skrzywił się i zamarł w bezruchu. -  Około godziny dziesiątej stanęliśmy z nim  niemal oko w oko. Nasze 30 oczu i jego 2 złowrogie ślepia – emerytowany wiślak aż podskoczył na fotelu – Próbował uciekać, pewnie chciał nas zwabić w pułapkę – przytakiwał głową sam sobie – Nie daliśmy mu się ! – wykrzyknął. – Dorwaliśmy gnoja! Zadaliśmy 60 ran kłutych! 60! Rozumiesz?! – potrząsnął wnuczkiem – nawet nie wiesz ile sił nas to kosztowało… - zamyślił się. – Chciał nas zamęczyć, ale się przeliczył –  na jego twarzy pojawił się uśmiech -  Ależ byliśmy z siebie dumni, a Ty wnuczku, dumny jesteś z takiego dziadziusia?

O tak, błędnych, a raczej obłędnych „rycerzy” mamy pod dostatkiem. Niestety.

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zobacz Commercial Service na Oferteo.pl