sport, polityka, z życia wzięte
RSS
środa, 11 czerwca 2014

Zapewne sami doskonale wiecie, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: podatki i śmierć. Od podatków można próbować się wymigać. Niestety zawsze kończy się to fatalnie – zapytajcie Ala Capone. Ze śmiercią zaś nie da się wygrać. Można jednak sukę oszukać. Wystarczy być dobrym jak... pizza.

Nie upadłem na głowę, a upały – choć doskwierają – to nie zaburzyły mojego osądu. Na prawdę, aby przechytrzyć Ponurego Żniwiarza wystarczy być tak dobrym jak ta włoska potrawa.

Nie tak dawno temu czytałem o kobiecie, która zgodziła się by od jej zmarłego syna pobrać narządy do transplantacji. Niby nic nadzwyczajnego, sprawa jakich są tysiące. Tyle, że kobieta zgodziła się również na to, by przeszczepić twarz syna człowiekowi, który uległ wypadkowi. Przeczep ten się przyjął i uratował facetowi życie. Dla jego rodziny to cud, dla matki zmarłego dawcy zapewne trauma. Wyobraźcie sobie, że widzicie twarz zmarłej, bliskiej wam osoby, którą nosi inny człowiek. Horror. Ale matce, Pani Matce, należy się wielki szacunek. Taki szacunek należy się wszystkim rodzinom dawców. Ludzie ci odkładają na bok swoją tragedię i ratują życia anonimowym osobom. Dlatego też dostałem szoku czytając komentarze pod artykułem o przeszczepie twarzy. Do hektolitrów jadu w polskim internecie przywykłem, więc pomijam chamskie i durne wpisy trolli. Jednak było tam też wiele poważnych wpisów, porównujących ciała dawców do zarzynanych prosiaków. Ludzie piszący o tym, że nigdy się nie zgodzą, by pobrać od nich lub od ich bliskich narządy do przeszczepu, powołujący się na moralność, szacunek do zwłok, czy inne wyssane z palca głupoty. Ciekawe, czy gdyby to oni lub ich najbliżsi potrzebowali przeszczepu, który ratuje życie lub zdrowie, to w imię tejże moralności poprosiliby o narządy od wspomnianej świni...

Niestety wiem o czym piszę. Wiem to aż za dobrze. Nie chodzi tu o to, że sam jestem zadeklarowanym dawcą narządów, szpiku i krwi. Życie się tak ułożyło, że przed dwoma laty musiałem pochować brata. Dostałem telefon od lekarzy (brat zmarł w Anglii) z pytaniem czy zgadzam się na to, by pobrać narządy. W jednej chwili – którą zapewne zapamiętam do końca życia – świat się zatrzymał. Myśli tysiące. Rozpacz, żal, niedowierzanie, szok. Wszystko naraz. Poprosiłem o chwilę do namysłu. Chciałem wrócić do domu, skonsultować się z rodziną. Niestety na to nie było czasu. Decyzja musiała zapaść niemal natychmiast. Otępiały i rozżalony wyraziłem zgodę. Całą podróż znad morza (gdzie spędzałem urlop) do Kielc, targały mną sprzeczne emocje. Zastanawiałem się jak na moją decyzję zareaguje rodzina. Obawiałem się zobaczyć ciała brata przed kremacją. Bałem się, że będzie zdeformowane, przed oczami migały mi różne sceny żywcem wyjęte z horrorów. Na szczęście rodzina przyjęła moją decyzję ze zrozumieniem, a Filip – w garniturze i swojej ulubionej koszulce Pirmusa - wyglądał tak naturalnie, jakby ucinał sobie drzemkę.

Pół roku później – w święta Bożego Narodzenia otrzymaliśmy kartkę z Anglii. Zawierała ona podziękowania od człowieka, któremu przeczepiono wątrobę. I znowu targały mną sprzeczne emocje. Z jednej strony zrobiło mi się bardzo miło, że przynajmniej jednej osobie udało się pomóc. Z drugiej strony byłem cholernie wkurwiony czytając, że ów biorca może się cieszyć zdrowiem żyjąc z wnukami, a brat odszedł przed 30 urodzinami. Gdy ochłonąłem zrozumiałem, że nie mogłem postąpić inaczej.

Wiem, że ciała dawców nie są traktowane jak szlachtowane prosiaki. Dawcy są jak pizza. Każdy lubi pizzę. Nawet najedzony człowiek nie oprze się kawałkowi świeżej pizzy. Dlatego bądźmy dobrzy jak pizza, pokażmy środkowy palec Kostusze. Skoro nas zabiera, dajmy kawałek siebie innym, ratując im życie. A śmierć niech spierdala.



wtorek, 04 marca 2014

Jeden z moich ulubionych artystów - Kazik Staszewski, śpiewał kiedyś "gdy byłem młodszy byłem bardziej beztroski... Aha! Nie lubię już Polski(...)". Sporo lat minęło od czasu, gdy po raz pierwszy usłyszałem ten utwór. Teraz sam jestem zdecydowanie mniej beztroski i zrozumiałem, że nie tyle co nie lubię Polski, co zacząłem Jej wręcz nienawidzić - a nami, mieszkańcami tej przedziwnej krainy coraz bardziej gardzę. Spokojnie ONR'y i inne ultra naziole. Nim pogonicie mnie z widłami i płonącymi pochodniami pozwólcie, że przedstawię Wam mój punkt widzenia. Jeśli nadal będziecie mięli ochotę potraktować mnie jak potwora Frankensteina to droga wolna.

Moja niechęć do Polski rośnie z każdym rokiem mojej tak zwanej świadomości politycznej. Zdaje się jasnym być, iż od 89' rządzą nami ci sami ludzie pod innymi przybraniami (SLD, UW, PSL, AWS, PO, PiS, Porozumienie Centrum, Nowa Prawica czy Ruch Palikota). Jednak Polacy - za co coraz bardziej nas nienawidzę - zdają się tego nie dostrzegać. Zamiast pogonić to kółko wzajemnej adoracji, to dają się napuszczać na siebie tryskając jadem na lewo i prawo. Wejdźcie na byle jakie forum gdzie poruszane są tematy polityczne, wejdźcie pod byle jaki artykuł na Onecie czy Wirtualnej Polsce, tam już nawet pod tekstami sportowymi więcej można wyczytać bredni o wyższości Platformy nad PiS'em i na odwrót. Oczywiście wiem, że dużą część tych sporów zaczynają polityczni agitatorzy, jednak za to co się później dziej odpowiada polski motłoch. Zresztą spróbujcie poruszyć temat partii politycznych przy wódce... awantura murowana, nawet w gronie rodzinnym. 

A dlaczego tak się dzieje? Cóż wychodzi na to, że Polacy lubią być dymani. Zaczęli nas chędożyć nasi politycy już po 89' i nie zamierzają skończyć do póki im tego nie zakażemy. Problem polega na tym, że albo tego rżnięcia już nie odczuwamy, albo - co gorsza - spodobało nam się. Jeżeli faktycznie polubiliśmy padać na kolana i wypinać kupry przed jaśnie nam panującymi, to w hierarchii jesteśmy niżej od tanich kurew. Nawet najtańszym kurwom się płaci, a my jesteśmy jak te obleśne nimfomanki, które chciałyby się pierdolić, ale nikt za darmo ich nawet kijem przez szmatę nie dotknie, dlatego płacą. Dlatego też my płacimy. Płacimy godząc się na gigantyczne pensje polityków, na ich poronione przywileje. Mamy gdzieś, że nie spełniają swoich obowiązków, że kompromitują nas zarówno na arenie międzynarodowej, jak i na naszym podwórku. Jeśli któryś faktycznie przesadzi, to ciach z Sejmu przeniosą do Senatu, ewentualnie do Parlamentu Europejskiego. W najgorszym wypadku trafią do Sejmików Wojewódzkich czy innych rad nadzorczych. Tych "umoczonych" zastępują ci, o których wpadkach zdążymy zapomnieć. I tak zaczyna się kolejna orgietka. Tylko nasze położenie się nie zmienia. Znów na kolanach z nisko położoną głową i wypiętą dupą. Najważniejsze, by przetrwać od 1 do 1. By zapłacić rachunki i dorzucić do ZUS'u, żeby mieć na podatki, a czasem nawet coś zjeść. W imię czego to wszystko? Naszej miłości do fallusów? 

 

Pozwalamy naszej władzy na niemal wszystko. Pozwólcie, że przypomnę tylko te najświeższe dymania, które nam zafundowano. Kradzież (bo jak to inaczej nazwać?) pieniędzy z OFE, sprzedaż lasów państwowych, wydłużenie wieku emerytalnego, podniesienie VAT'u, czy sprzedaż największych złóż złota w Europie za bezcen. Zamiast robić w okół tego szum, zamiast czytać o tym w prasie, oglądać w TV czy słuchać w radio, to zalewają nas informacje o mamie Madzi z Sosnowca, Trynkiewiczu, pijanych kierowcach czy planach debaty między Tuskiem a Kaczyńskim. Teraz do tego wszystkiego doszedł konflikt na Ukrainie, gdzie nasi politycy próbują odgrywać pierwsze skrzypce. Okey, zgodzę się, że Ruscy są be, a Ukraińców żal. Ale mi żal też Polaków. Spróbujcie się dostać do lekarza specjalisty, spróbujcie będąc samotną matką wychować dzieci. Postawcie się w sytuacji 50 latka, którego zwolniono z pracy. Wyobraźcie sobie jak to jest być emerytem i codziennie stawać przed dylematem: leki czy jedzenie. Czy wreszcie postawcie się w sytuacji młodych, którzy w większości jako perspektywę pracy mają gównianą umowę na najniższą krajową (a i to już sukces), albo robotę na czarno(przecież na emerytury i tak nie ma już szans). 

Na prawdę marzy mi się, abyśmy wreszcie przestali wypinać dupy. Żebyśmy coś w naszych życiach zmienili. Patrzyłem jak Ukraińcy zmieniają swoją chorą władzę i śmiać mi się chciało, gdy widziałem solidaryzujących się z Nimi Polaków. Zamiast przypinać żółto-niebieskie wstążki, czy wieszać ukraińskie flagi warto by zrobić coś dla siebie. Nie mówię tu o wojnie domowej. Ale gdyby tak wszyscy, którzy mają dość bycia rżniętymi przez władzę stawili się w stolicy i siła oderwali ich od koryta, pozbawili majątków, których dorobili się naszym kosztem i wyrzucili z kraju...ah, utopia. Ale jeśli stajemy przed wyborem utopii lub bycia notorycznie chędożonymi, to walczmy o utopie. Walczmy albo spieprzajmy z tego chorego kraju.

sobota, 16 listopada 2013

Obiecałem sobie nie wylewać wiadra pomyj na selekcjonera Nawałkę za sam fakt wybrania go na to stanowisko. Bo przecież niemal cała piłkarska Polska po tej nominacji musiała rzucać frazy typu: „zamienił stryjek siekierkę na kijek”, „z deszczu pod rynnę” czy po prostu „o ja pierdolę”. To nie selekcjonera Nawałki wina, iż prezesa Bońka poza pięknym PR'em niewiele różni od poprzednika. Nawałka dostał szansę, więc będzie kręcił bat z gówna na miarę swoich możliwości, a te patrząc na jego trenerskie wyniki są raczej mizerne. Bo czym różni się selekcjoner Nawałka od Selekcjonera Fornalika? Ano tym, że też prowadząc Śląski klub osiągał wyniki lepsze niż się spodziewano. Z tą jednak różnicą, iż „Smutny Waldemar” wskakiwał z Ruchem na podium, czy sięgał po Puchar Polski. Fornalikowi z Górnikiem zdarzyło się tylko poocierać o podium – jak widać to Bońkowi wystarczyło. Niezrozumiałym wydaje się logika prezesa PZPN – skoro uparł się na opcję polskiego trenera, czemu nie wybrał „fachury”, która w rodzimej lidze coś ociągnęła? Bał się, iż pod skrzydłami Urbana reprezentacja skompromituje się na miarę poczynań Legii w pucharach? Nie chciał się przejechać jak Lech na Rumaku? Cholera wie co kierowało poczynaniami rudego prezesa PZPN – teraz pozostaje nam tylko trzymać kciuki i mieć nadzieję, że wiedział co czyni.

W wywiadach po nominacji na selekcjonera, Nawałka często odwoływał się do czasów współpracy z Beenhakkerem – ten też zaczął przygodę z naszą reprezentacją tak, iż Antoni Piechniczek i jego towarzysze ostrzyli już widły i zapalali pochodnie. A mimo to wygrane eliminacje do austriacko-szwajcarskiego Euro były ostatnim pozytywnym zdarzeniem w naszym reprezentacyjnym futbolu. Dajmy zatem Nawałce czas, nie żałujmy grosza na ofiarę i módlmy się za szczęśliwe losowanie do eliminacji Euro 2016.

Nieraz udowodniliśmy, że jesteśmy gościnnym narodem. Miło, że w futbolu to się nie zmienia. W „naszych” Mistrzostwach Europy” mięliśmy tak prostą grupę, że aż głupio było z niej wyjść – więc jako współgospodarz daliśmy się pobawić Grekom i Czechom. W 2013 roku nasi bracia Słowacy przeżywają trudne chwile – wygrali jeden mecz – postanowiliśmy rozszerzyć naszą maksymę. Gości nie witamy już tylko chlebem i solą. Witamy ich też możliwością spuszczenia nam wpierdolu. Tak ku pokrzepieniu.

Zawsze uważałem, że życie imigranta to ciężka sprawa. Żal mi było patrzeć na Polaków, którzy w kolejnym już „meczu o honor” marzyli o utarciu nosa „Synom Albionu” - skończyło się jak zawsze po „cudzie na Wembley” i nos można było co najwyżej wysmarkać. Polacy, którzy za chlebem wyjechali do Niemiec zapewne modlą się, by „Orły” w kolejnych eliminacjach nie trafiły na reprezentację prowadzoną przez Joahima Loewa. Ale już Boniek zadbał o to, by w maju 2014 zrobiło im się głupio przy okazji sparingu z naszymi zachodnimi sąsiadami. Niebawem będziemy się bali emigrować do San Marino, by kibice kelnerów i listonoszy nie zapraszali nas na piwo i wspólne oglądanie meczu na odwróconym szczycie grupy. 

Najzabawniejsze jest to, że nie jestem jedynym wkurwionym kibicem, który po kolejnej klęsce będzie wierzył. Znów będziemy sobie tłumaczyli, że porażki w sparingach nic nie znaczą, a eliminacje przejdziemy jak burza. Nawet jeśli w grupie trafimy na mocniejsze reprezentacje niż te Bezludnej Wyspy, Dzieci z Bulerbyn czy Ofiar Min Przeciwpiechotnych.

czwartek, 03 października 2013

 

Czytaliście „Ostatniego władcę Pierścienia? Kiriłła Jeśkowa? Jest to powieść o wojnie w tolkienowskim Śródziemiu, tyle, że przedstawiona ze strony Mordoru. Wspomnienie o tej książce naszło mnie gdy czytałem kilka tekstów opisujących ciężki los muzyków, za który w dużej mierze mają odpowiadać zachłanni właściciele oraz menagerowie knajp. Postanowiłem Wam przedstawić, jak organizowanie koncertów wygląda z naszej „menagersko-właścicielskiej” strony, ale zaznaczam, iż opieram się tylko na doświadczeniu zdobytym w naszym Mordorze – Kielcach.

Gdy czytałem, jak muzycy narzekają, że knajpy nie dają im zarobić,a czasem łaskawie rzucą jakieś piwko za grę, to ogarniał mnie pusty śmiech. Tyle, że ludzie totalnie z zewnątrz, mogą pomyśleć, że knajpy zarabiają na krwawicy grajków, a ci pozbawieni możliwości zarobkowania nie mają kasy na fryzjera, przez co muszą chodzić z długimi włosami. Nie stać ich też na nową parę spodni, więc chodzą w tych ścioranych dziurawych jeansach, No bez jaj. Żyjemy w czasach,w których człowiek, a zwłaszcza artysta musi umieć się sprzedać. Jeśli nie umie, to może sobie zaiwaniać autobusami śmigając na akordeonie, licząc, że ludzie wrzucą co nieco do kubka. Jeżeli taka perspektywa przeraża, a ambitny grajek chce być muzykiem profesjonalistą, to musi wiedzieć, że koncert, to nie tylko wyjście na scenę, zagranie kilkunastu numerów i liczenie mamony. Koncert najpierw trzeba zorganizować – innymi słowy kasę wrzucić i mieć nadzieję, że ta wróci – najlepiej zwielokrotniona.

Co to znaczy zorganizować koncert? Pozwólcie, że przedstawię to na naszym, woorowym przykładzie. Jeżeli chcemy, żeby koncert brzmiał i wyglądał lepiej niż próba w garażu u dziadków, to musimy wyłożyć kasę na oświetlenie i akustyka. Chcemy, aby ludzie przyszli, więc musimy temat nagłośnić – facebook, to troszkę za mało, także drukujemy plakaty i opłacamy ekipę, która je rozwiesi. Musi być bezpiecznie, więc inwestujemy w ochronę i pana, który będzie sprzedawał bilety. Wybaczcie, że nie podam dokładnych kwot - powiedzmy, że obowiązuje mnie tajemnica handlowa. Ale za wyżej wymienione sprawy organizacyjne musimy wyrzygać około tysiąc złotych.

Dopiero od tego momentu możemy zacząć rozmowę o wynagrodzeniu dla kapel. Tysiąc złotych, czyli innymi słowy sto biletów za dychę, aby na koncercie nie być w plecy. Nie takie znowu straszne, ale nawet najświeższa historia pokazuje, że jak na Kielce, to może być przeszkoda nie do przeskoczenia. Na łamach Rock on line przeczytałem relację z ostatniego „Metalcore'u”, który odbył się w zeszłą sobotę. Pani redaktor koncertem była zachwycona – trudno się dziwić, ludzie bawili się świetnie. Tyle, że spójrzmy sucho na liczby. Zagrały 4 kapele, wstęp 8 zł a frekwencja oscylowała w granicach 80 osób. Sami sobie policzcie: 80 biletów po 8 zł i podzielcie to na 4 kapele. O akustyku nie wspominam, bo chłopaki nauczeni doświadczeniem zainwestowali w sprzęt i nagłośnili się sami.

Kto zatem odpowiada za to, iż muzycy klepią biedę? Knajpy czy fani, którzy zamiast bawić się na koncertach, wolą słuchać muzy z youtube'a? Okay, możecie powiedzieć, że zespoły grające na wspomnianym „Metalcore'rze” nie były na tyle znane, aby pokusić się na wyjście na koncert, mimo, iż cena do tego zachęcała. Tyle, że takich przykładów mogę mnożyć dopóty, dopóki nie zanudzę Was na śmierć. Mnie osobiście najbardziej zaszokował fakt, iż musieliśmy dokładać do koncertu Lao Che. Byliśmy przekonani, że na taki koncert, to nawet tak oporna na koncerty kielecka publika wykupi wszystkie bilety. No cóż, udało się sprzedać 2/3 biletów i mimo, iż koncert był rewelacyjny to miny mieliśmy nietęgie.

Niestety w Kielcach rock czy metal mają się mocno średnio, punk się jeszcze jakoś trzyma, a po zupełnie drugiej stronie bieguna jest hip-hop. Zorganizowaliśmy kilka koncertów hip-hopowych, na temat ich jakości się nie wypowiem, bo totalnie się nie znam. Faktem jest to, że bilety były drogie, a sala pękała w szwach. Może czas wymienić glany na adidasy, ściąć włosy i uczyć się rapować? A może zamiast narzekać na knajpy, które dają możliwość na zagranie koncertu i pokazanie się przed szerszą publiką, lepiej skupić się na sobie. Pracować nad lepszym materiałem i wytrwale dążyć do celu?

poniedziałek, 29 lipca 2013

          Proponuję, by przyśpiewkę o „Scyzorach” zastąpić taką : „To my! To my! Sponsorzy!” – będzie ona dużo bardziej adekwatna niż ta obecna. Nie wszyscy przychodzący na stadion przy Ściegiennego utożsamiają się z Młynem i fanatycznym sposobem patrzenia na Koronę, ale wszyscy mieszkańcy Kielc płacący podatki są sponsorami „Dumy Kielc”. I to już naprawdę zaczyna wkurzać.

 

            Gdy kilka lat temu okazało się, że Korona również maczała palce w ogólnopolskiej aferze korupcyjnej, praktycznie nikt się nie zdziwił. Każdy kto chodził na 3ligowe spotkania widział takie cuda, których nie powstydziłby się pewien cieśla sprzed ponad 2000lat. Udział Korony w aferze zaszokował jednak jej ówczesnego właściciela, który za brak postawy fair play w swojej ukochanej drużynie, zdecydował się zakręcić kranik z kasą i wrócił do kiosków sprzedawać prasę i papierosy. W buty pana Krzysztofa Klickiego postanowił wskoczyć Prezydent miasta – Wojciech Lubawski. Nie dajcie się jednak zwieść zapewnieniom Waszych kobiet – rozmiar ma znaczenie, dlatego też pan Prezydent, by wypełnić lukę po właścicielu Kolportera potrzebował wsparcia mieszkańców Kielc. I dzięki temu, po dzień dzisiejszy, możemy sobie do CV wpisywać „sponsor Korony Kielce” przez pierwszy sezon brzmiało to całkiem fajnie, ale teraz już tylko irytuje.  

            Nie chodzi mi o to, że jako dobroczyńca Korony chciałbym za darmochę zasiadać w lożach VIP, a rozcieńczone piwo i wątpliwej jakości kiełbasę zastąpić zmrożonym szampanem i kawiorem. Chciałbym jednak,  żeby w mieście była wystarczająca ilość przedszkoli, szkół czy dobrze działający szpital dziecięcy. Zamiast nowych samochodów piłkarzy, chciałbym widzieć nowe drogi, po których można by spokojnie jeździć nawet starszymi modelami.

             Radni Kielc zdecydowali – wbrew wcześniejszym zapewnieniom – dołożyć do budżetu Korony kolejne 3.2 miliony złotych. Trudno się dziwić,  wszak już za rok wybory, a ze świecą szukać drugiej tak oddanej grupy społecznej jak kibice. Radni chcąc się bawić w sponsorów wolą zasiadać przy korycie niż do niego dolewać. Od dolewania mają nas - podatników.

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zobacz Commercial Service na Oferteo.pl